"Liceum Słodki Amoris" rozdział III i kolejne (romans, postacie SF)

Nieśmiała Posty: 202
Online
01/05/2012 - #1 

 

Jak słusznie zauważyła Cherish zaczęłam zaśmiecać forum wrzucając kolejne rozdziały jako oddzielne wątki dlatego od tego momentu moje opowiadanie będzie się pojawiało tutaj. Widzę, że nie wiele osób je komentuje ale cóż... I tak świetnie się bawię je pisząc więc będę to robić dalej. Zwłaszcza, że jest kilka osób którym się to podoba smile A więc miłej lektury.


     Rozdział I Wentylacja

     Liceum Słodki Amoris. Kto na bogów( w których nie wierzę) nadał tak… Nie, nie, nie! Muszę pozbyć się takich myśli!
     Miła i grzeczna. Miła i grzeczna. Miła i grzeczna. Ach! No i jeszcze uśmiechnięta. Miła, grzeczna i uśmiechnięta. Miła, grzeczna i uśmiechnięta. Miła, grzeczna i uśmiechnięta - powtarzałam w myślach niczym mantrę, próbując zmusić się do tego głupiego „wyszczerzu”.
     Nigdy nie zapomnę tego koszmaru. Spędzić tyle czasu przed lustrem trenując „wdzięczny i delikatny uśmiech uroczej dziewczynki”. I na dodatek te dziwne ciuchy!
     Na całe szczęście zdołałam uciec, zanim moja kochana siostrunia wypryskała mnie swoimi perfumami. Starczy, że zabrała mi moje ciuchy, a w ich miejsce zostawiła swoje stare koronkowe bluzeczki i dżinsowe rurki. A zamiast moich niezastąpionych bucików zastałam te ordynarne baletniczki. Jednak czy aby na pewno tak właśnie się nazywały? Whatever! Nie zniosłabym, gdyby czuć było ode mnie jakąś dziwną, zapewne kwiatową woń.
     Kiedy leniwym spacerkiem dotarłam przed budynek mojej nowej szkoły, lekcje już trwały co bardzo mi odpowiadało. Nie miałam ochoty odgrywać tej małej komedyjki od razu przed wszystkimi uczniami. Najważniejsze było znaleźć dyrektorkę i dokończyć te całe formalności z przeniesieniem. Dziś rano dostałam telefon z sekretariatu, że niby brakuje jakichś dokumentów. Ech…
     Dyrektorka po kilkuminutowej rozmowie łyknęła całą tę farsę. Byłam dla niej od teraz miłą i dotychczas niezrozumianą dziewczynką, która odnalazła w końcu swój raj gdzie będzie mogła uwolnić swoje delikatne i wrażliwe wnętrze. Taaa… i co jeszcze? To tylko potwierdza, że ludzie widzą to, co chcą zobaczyć. Niestety, na tym nie skończyła się moja wizyta. Z powodu braku czasu oddelegowała mnie do przewodniczącego samorządu uczniowskiego.
     Nataniel.
     To chyba anielskie imię. Ciekawe czy on też będzie aniołkiem? Pewnie tak. Trzeba być wzorowym uczniem z nienaganną frekwencją żeby zostać przewodniczącym szkoły. Nauczyciele muszą ci ufać a uczniowie szanować. Trzeba być dobrym liderem, zawsze zorganizowanym i odpowiedzialnym. Jak dla mnie za duża presja.
     Szukając pokoju samorządu rozglądałam się ciekawie po korytarzach. Zastała mnie już przerwa, więc miałam okazję poprzyglądać się tutejszym uczniom. Wszyscy byli normalni jak w każdej szkole: cheerleaderki; plastikowe lalki barbie; kujonki; szare myszki; lanserki mody; zwykłe dziewczyny. Sportowcy; przystojniacy; klasowi błaźni; niewidzialni; najlepsi kumple; geniusze informatyczni. We wszystkich szkołach istniały te same gatunki. To już naprawdę robiło się nudne…
     Po kilku minutach celowego błądzenia po korytarzu, zauważyłam jedną rzecz. Nieznaną we wzorze typowej szkoły. Tutaj nawet szare myszki chodziły za ręce z chłopakami a przy szafkach kujonki wraz ze sportowcami śmiejąc się obgadywali temat minionej lekcji. Gdzie się nie obejrzałam, każdy z każdym, ludzie flirtowali ze sobą! Od tego wszystkiego zakręciło mi się w głowie.
     Złapałam się najbliższej ściany i wtedy to poczułam. Delikatny, ledwie wyczuwalny zapach. Było w nim coś dziwnego… To wkradało się do mojej głowy. Z moim ciałem działo się coś osobliwego… Tak lekko i słodko…
     - Wszystko w porządku? Źle się czujesz?
Dobra. Może i w moim życiu zrobiłam kilka nie całkiem dozwolonych rzeczy, ale nigdy nie brałam. Nie jestem na tyle głupia żeby się szprycować, więc jakim sposobem miałam TAK odjechaną wizję?
     Oto nade mną z zatroskaną miną pochylał się najprawdziwszy anioł! Złote włosy błyszczały jak skąpane w promieniach letniego słońca. Oczy w kolorze miodu były niczym płynny bursztyn. Z całą pewnością był wyższy ode mnie, ale teraz przykucną obok i idealnie wykrojoną dłonią o palcach, których pozazdrościłby każdy pianista sprawdził temperaturę mojego czoła. Był taki przystojny… a te usta!
     - Och, to wentylacja.  -Uśmiechnął się promiennie, a moje serce wykonało nagłe salto.- Nie powinnaś tutaj siedzieć. Zaprowadzę cię do pielęgniarki. Jesteś nowa, prawda?
     - Tak. Szukałam pokoju samorządu, ale nagle zakręciło mi się w głowie. -Wziął mnie pod rękę i pomógł mi wstać. Prawdziwy dżentelmen o zniewalającym głowie. Jakoś tak zrobiło mi się za gorąco. Czułam już jak pieką mnie policzki.- Dziękuje.
     - Nie ma za co. - Znów się uśmiechnął. Jajć! Nie sądziłam, że tak przystojni faceci istnieją! To najprawdziwszy, żywy książę w 3D - mangowi mogą się schować!
     - Tak w ogóle to jestem Nataniel, przewodniczący. A ty jesteś pewnie tą przeniesioną o której wspomniała dyrektorka. Wiesz, że z twojej szkoły przeniósł się tutaj jeszcze jeden uczeń? Kentin…
     No pięknie! Jeszcze mi tego brakowało. Koniecznie musiałam znaleźć Kena zanim zdąży wszystkim rozpowiedzieć… Ech! Gdybym tylko mogła normalnie myślę.
     Zamiast tego, gapiłam się jak głupia na tego ślicznego przystojniaczka. Zanim zdołałam się opanować, zaczęłam z nim przyjemną gadkę i - jak żenada - zaczęłam z nim flirtować. Doskonale wiedziałam, co mam odpowiedzieć żeby wywołać uśmiech na tej cudownej twarzyczce. Zupełnie nie mogłam się od tego powstrzymać, jakby ktoś obcy przejął moje ciało!
     Zmęczona walką z samą sobą, prawdziwa ja poddała się i pozwoliła bawić się tej dziwnej istocie, którą nagle się stałam. Skończyło się tym, że śmiałam się dźwięcznie zasłaniając zwiniętą w trąbkę dłonią usta (kiedy ja o zgrozo podłapałam to od mojej siostry?) i zgodziłam się, żeby mnie oprowadził po szkole. Bawiłam się z nim całkiem dobrze obserwując z wnętrza swoje własne zachowanie. W sumie, nie było to takie złe. Teraz nawet przewodniczący szkoły, będzie mnie uważał za zwyczajną (brrry… nie cierpię tego słowa) dziewczynę.
     Kiedy byliśmy w bibliotece - naszym ostatnim przystanku - zaczęłam odzyskiwać nad sobą władzę. Korzystając z tego, że Nataniel, który przestał być już tak irytująco przystojny, szukał jakiejś książki usiadłam więc przy oknie i wyjrzałam na dziedziniec.
     Naprawdę chciałam stąd wiać. Coś dziwnego mi się przytrafiło w tej szkole i niemal na sto procent byłam pewna, że miało to coś wspólnego z wentylacją. W końcu Nataniel coś tam o niej wspomniał
     Dopiero dobrze mi znany dreszcz, przechodzący wzdłuż kręgosłupa uświadomił mi, za czym tak naprawdę wodziłam od dłuższej chwili oczami. I tym razem nie było w tym nic psychodelicznego jak w przypadku Nataniela. Zwyczajnie pośród tłumu nudnych i szarych w moich oczach ludzi, wychwyciłam perełkę.
     To nadzwyczajne jak szybko byłam w stanie znaleźć takich facetów. Nawet, jeśli przed oczami będę miała tysiąc porządnych chłopaków, ja i tak zawszę znajdę tego jednego z którym lepiej nie zadzierać. Już taka byłam -€“ nieświadomie szukałam właśnie tych niebezpiecznych. Jeśli kiedykolwiek jakiś demon w ludzkiej formie zaszczyci ten świat obecnością, to z całą pewnością znajdę go w ciągu kilku minut.
     Westchnęłam zrezygnowana. Powinnam się już nauczyć unikać takich typów. Powinnam zmusić się do odwrócenia wzroku i zapomnienia. W końcu obiecałam.
     - Przepraszam, że cię tutaj tak zostawiłem.
     - Nie przejmuj się Nataniel. Właśnie podziwiałam szkolny dziedziniec i boisko. Jest dużo większe niż w mojej poprzedniej szkole -Uśmiechnęliśmy się do siebie przyjaźnie. Nataniel chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, ale pojawił się jakiś uczeń z wiadomością, że dyrektorka go szuka. Pożegnaliśmy się i nareszcie byłam wolna.
     Biblioteka nie miała oddzielnego wejścia. Na dodatek była umiejscowiona na szarym końcu szkoły tak, że chcąc ją w końcu opuścić, musiałam przejść z powrotem przez całą długość budynku. Już po kilku krokach na korytarzu znów wyczułam ten ledwo wyczuwalny, słodki zapach. Teraz miałam już pewność, że to on był powodem mojego dziwnego zachowania. Na całe szczęście, w między czasie zajęcia się skończyły i na korytarzu nie było zbyt dużo uczniów.
     A jednak każdy facet na którego nie spojrzałam zdawał mi się niesamowicie przystojny. Nawet Ken, który najwyraźniej cały dzisiejszy dzień ganiał po szkole żeby mnie znaleźć, wydał mi się uroczy. Na samą myśl o tym zemdliło mnie. Kazałam mu tylko trzymać buzię na kłódkę jeśli chodzi o naszą poprzednią szkołę i wybiegłam czym prędzej z budynku.
     Chciałam jak najszybciej zaczerpnąć świeżego powietrza i otrzeźwieć, zanim „rzucę się” na jakiegoś przypadkowego chłopaka, który tak naprawdę nie będzie mi się podobał.
     Co tu się do diabła działo? Szkoła rozprowadza w wentylacji jakieś psychotropy czy halucynogeny?! Do licha! A mówią, że to ja jestem porąbana.
     Wybiegając na oślep głównym wyjściem, wpadłam wprost w czyjeś ramiona. Nie, nie zostałam złapana i uchroniona od upadku. Wręcz przeciwnie. Zostałam odepchnięta z największym jaki w życiu słyszałam prychnięciem obrzydzenia i pogardy.
     - Następna przyćpana feromonami. Gzyyy…
     Czerwone długie włosy. Niechlujnie stylizowana grzywka. Koszulka z zadziornym napisem i wielgachną, krzyczącą czachą. Na szyi długi srebrny łańcuszek zawinięty na dwa. I to spojrzenie: lodowate, pogardliwe i wywołujące to niesamowite uczucie strachu. To właśnie był ten chłopak, którego obserwowałam z okna biblioteki!
     - A więc to feromony. Cóż a już myślał, że szkoła oferuje darmowy dostęp do psychotropów. Jakie rozczarowanie! -No tak. Feromony miały sens, w końcu to one są odpowiedzialne za postrzeganie kogoś za atrakcyjnego. Tylko po kiego wprowadzać je do wentylacji?
     - Zabawna jesteś, Nowa.
     Patrzył na mnie z tym kpiącym uśmieszkiem. Już czułam jak cała topnieje. Czemu ja tak kochałam tych "nie do końca złych"? Ale jak fajny by nie był, spojrzałam na niego zirytowana.
     Nienawidziłam być nazywana "nową", "lalunią" czy może "foczką". Chłopacy mieli irytujące upodobanie do nadawania ksywek. Ludzie ja MAM imię!
     - Nową to se możesz kupić jakąś tanią zabawkę. Ja jestem Verrinea. - Miałam już dosyć na dzisiaj udawania „miłej, grzecznej i uśmiechniętej”.
     Tym razem zobaczyłam w jego oczach politowanie.
     - Myślisz, że mnie to obchodzi? -Odwrócił się na pięcie i odszedł.
     A ja już wiedziałam, że sprawię by zapamiętał moje imię.

     Rozdział II Pokój rady i bieżnia

     Od dwóch dni w głowie miałam tylko i wyłącznie tamtego chłopaka. Chciałam wiedzieć kim jest. Chciałam wiedzieć o nim wszystko. Problem był w tym, że nie miałam pojęcia skąd mogę się tego dowiedzieć.
     Z ukradkowej obserwacji wiedziałam, że każdą przerwę spędzał na dziedzińcu, ale rozmowa z nim nie miała najmniejszego sensu. Jestem pewna, że natychmiast by mnie spławił. Zresztą to nie było w moim stylu. Jak to mawiała moja mama: "Nie chodzi o to żeby złapać króliczka, tylko o to żeby go gonić.". Nie raz i dwa okazywało się, że zbieranie informacji o chłopaku było bardziej ekscytujące od niego samego.
     Kurczę! Gdybym była w swojej starej szkole nie miałabym kłopotu z dostępem do danych, a tutaj...?
     - Cześć Verrinea!
     Nataniel próbował złapać wysypujące mu się z ręki papiery. Niestety luźne kartki runęły na ziemię rozsypując się po połowie korytarza. Parę osób zaśmiało się, ale zaraz każdy pomógł je zbierać. Zapewne wpływ tej całej aromaterapii.
     Podpytałam co nie co siostrę ( to ona podpisywała wszelkie szkolne papiery jako moja opiekunka ) i okazało się, że był to eksperymentalny projekt tej szkoły. Wykorzystanie aromaterapii w celu zmniejszenia konfliktów i presji w środowisku szkolnym. Plus odrobina feromonów by ukierunkować energię uczniów na inne tory.
     Spojrzałam na kartki które i ja pomagałam zbierać (lepiej żebym nie odstawała) i aż mnie zamurowało. Ktoś odręcznie próbował coś liczyć i chyba coś ważnego patrząc po oznaczeniach pozycji, ale najwyraźniej mu nie szło.
     Pomysł sam się nasunął.
     - Co to jest, Nataniel? Ktoś nie radzi sobie z rachunkami rady? - Ktoś podał mi plik rachunków i paragonów, a Nataniel wszystkim właśnie dziękował z tym swoim serdecznym uśmiechem. Na moje słowa zarumienił się ledwo dostrzegalnie. Najwyraźniej liczby nie były jego mocną stroną.
     - Zwykle zajmuje się tym vice przewodniczący, ale jest chory. Przyznam szczerze, że nie za bardzo orientuje się w jaki sposób ma uporządkowane te dokumenty. W ogóle nie wiem co zostało już rozliczone a co nie. Najgorzej, że muszę zdać raport do końca dnia.
     - Vice jest chory? Mam nadzieję, że szybko wyzdrowieje. - Udałam zaskoczoną, jakbym wczoraj przez połowę lekcji nie nasłuchała się opowieści o tym.
     Doskonale wiedziałam, że rozchorował się na grypę żołądkową, którą wyjątkowo ciężko przechodził. Plotki na temat tego gdzie się zatruł były wręcz kosmiczne. Ale logicznie odsiewając ziarno od plew, doszłam do wniosku, że będę unikać nowej knajpki w centrum.
     Koniec końców księgowego rady nie będzie przez jakiś tydzień a tymczasem Samorząd do dzisiaj musiał rozliczyć zeszły rok i zaplanować budżet na obecny semestr. Wątpiłam w to, by ktokolwiek z któregoś z komitetów chciał go zastąpić.
     A mi jego nieobecność była bardzo na rękę. Uśmiechnęłam się najbardziej promienniej jak tylko umiałam.
     - Jeśli chcesz, mogę ci w tym pomóc. Całkiem dobrze sobie radzę z rachunkami, przeszłam kurs w starej szkole. - Nie był to może zaawansowany kurs rachunkowości, ale dawał solidne podstawy. Z resztą większość rzeczy i tak liczyły programy komputerowe.
     - Jesteś aniołem! Choć właściwie nie powinienem ci dawać tych dokumentów...
     - Mogę to zrobić w pokoju rady, w sumie to i tak muszę mieć dostęp do komputera. Vice na pewno zainstalował jakiś program rachunkowy.
     Powinnam chyba rozważyć karierę aktorską, bo już po chwili Nataniel otwierał kluczem, który zawsze nosił przypięty do bransoletki z koralików, drzwi pokoju samorządu. Pomiędzy drewnianymi paciorkami miał jeszcze kilka innych kluczy. A więc szafki, które zauważyłam kiedy rozmawialiśmy tutaj pierwszego dnia, miały jednak zamki. Nie powinno być z tym większego problemu. Gdybym tylko wiedziała gdzie szukać, a Nataniel zechciałby się gdzieś wynieść choć na kilka minut. On jednak właśnie złożył dokumenty na biurku i grzecznie odsunął dla mnie fotel przewodniczącego.
     - Nie zwróciłam wcześniej uwagi ile dokumentów się tutaj trzyma. Skąd wiesz gdzie co masz? Na tych szafkach nie ma żadnych oznaczeń - Pochyliłam się nad dokumentami i zaczęłam przeglądać kolejne pozycje by nie nabrał żadnych podejrzeń. Poza tym tak czy siak miałam zamiar sporządzić mu ten raport, więc nie widziałam powodu by marnować czas. Podzielność uwagi była jednym z moich talentów.
     - Nie przesadzaj, każdy wie co trzyma w swoich szafkach. Zresztą to proste. Tutaj w szafkach najbliżej mojego biurka trzymam teczki uczniów, przy stanowisku vice są wszystkie dokumenty finansowe a pod tamtą ścianą trzymamy raporty z wycieczek, festynów i innych imprez szkolnych. Tak by wszystko było pod ręką- Bingo! Tego mi było trzeba.
     Nataniel nachylił się nade mną by uruchomić komputer. Był na tyle blisko, że czułam jego wodę kolońską. Uśmiechnął się do mnie trochę... speszony? Nigdy nie sądziłam, że spotkam chłopaka, który będzie s-p-e-s-z-o-n-y bliskością dziewczyny!
     - Mogłabyś się odwrócić? Muszę wprowadzić hasło.
Grzecznie odwróciłam się, a nawet zasłoniłam rękoma oczy! Jednak w głowie zastanawiałam się, jak kłopotliwe jest znalezienie programu do odczytywania uderzeń klawiatury.
     Zaczęłam pracę w programie w całkowitym milczeniu. Nie bardzo wiedziałam jak zacząć rozmowę, a nie miałam w zwyczaju gawędzić o pogodzie. Jednak najwyraźniej cisza przeszkadzała Natanielowi.
     - I jak ci się podoba szkoła?
     - Jak to szkoła, choć muszę przyznać, że z niektórymi przedmiotami jesteście mocno do przodu. - Co miałam więcej powiedzieć? Byłam tutaj raptem czwarty dzień, no w sumie trzeci. Pierwszego przecież przyniosłam tylko papiery.
     - Jeśli będziesz miała z czymś problemy, zawszę mogę ci pomóc. A właśnie! Może wolisz być na zajęciach razem z Kentinem?
     - Nie! - Chyba zbyt gwałtownie zaprotestowałam, ale zaskoczony Nataniel tylko się uśmiechnął.
     - Rozumiem, że przeniósł się by być bliżej ciebie. To jest troszkę... przerażające? - Zaśmialiśmy się oboje.
     - Ken nie jest taki zły, po prostu...
     Naszą rozmową przerwało delikatne pukanie do drzwi. Nataniel niechętnie się podniósł i wyszedł, by wysłuchać o co się rozchodzi.
     - Verrineo, muszę wyjść na chwilę. Jest jakiś problem, naprawdę powinienem pójść...
     - Śmiało, mi trochę jeszcze tutaj zejdzie.
     Czy on oczekiwał mojego przyzwolenia? A może uznał, że nie wypada mu zostawić mnie samej i przerwać w ten sposób rozmowę? Byłoby to dość dziwne, ale zupełnie w stylu Nataniela. Bo z cała pewnością nie siedział tutaj by mnie nadzorować. Taki typ ludzi nikogo o nic złego nie podejrzewa. Aż mi było go trochę szkoda, że tak go wykorzystuję. Z drugiej strony z takim najłatwiej się pracowało.
     Zostawiłam w spokoju sprawozdanie finansowe i odwróciłam się w stronę szafek. Na pulpicie nie zauważyłam nic godnego uwagi a nie wiedziałam ile mam czasu. Wolałam przeszukać papiery skoro i tak wiedziałam już gdzie co jest.
     Wyjęłam z włosów wsuwkę. Czasem, przy starszych zamkach wystarczała mi tylko ona. Pomijam fakt, że najłatwiej byłoby wyłamać zamek - o ile chce się zostawiać ślady. Ja wolałam subtelniejsze sposoby i zawsze miałam przy sobie moje narzędzia. W końcu co podejrzanego jest w tym, że dziewczyna nosi kolczyki czy naszyjnik? A że wyglądają jak kawałek złomu... cóż, o gustach się ponoć nie dyskutuje.
     W moich rękach każdy skrawek drutu był wystarczająco dobry. Już nawet nie pamiętam jak to się zaczęło, ale to chyba była kwestia jakiegoś zakładu. A może to było wtedy, gdy rodzice w ramach kary zamknęli w piwnicy rowery mój i mojej siostry Sisi... W każdym bądź razie niewielka byłam. Ech… dobre wspomnienia!
     Szafka ustąpiła mi bez najmniejszego oporu. Niestety tutaj zaczynała się mozolna robota: nie wiedziałam jak się nazywa, a szkolny system nie zakładał klas. Każdy uczeń miał indywidualnie układany program, na każdym przedmiocie spotykała się inna grupa ludzi.
     Pech i w tym temacie mnie nie opuszczał, bo jak do tej pory nie miałam z nim lekcji, choć taki system miał zapewnić pełną asymilację danego rocznika. A tak na prawdę nie było kiedy poznać drugiego człowieka, więc ewentualne przyjaźnie były płytkie i nieznaczące. Przynajmniej w moich oczach.
     Nagle w oko wpadło mi kilka teczek z czarną obwolutą. Zerknęłam z ciekawości i w końcu trafiłam na interesujących ludzi. Przejrzałam z grubsza trzy pierwsze teczki, by w czwartej rozpoznać na zdjęciu mojego znajomego.
     Minę miał zblazowaną, całemu światu oznajmiającą jak mało obchodzi go to jak wyjdzie. W jego spojrzeniu widać było nieme poganianie fotografa. Podobała mi się ta fotka, niestety nie mogłam jej sobie zabrać a w pomieszczeniu nie było kserokopiarki. Komórkę zaś miałam skonfiskowaną.
     Uśmiechnęłam się do siebie czytając jego plan zajęć. A więc z panem Kastielem miałam mieć lekcje wychowania fizycznego - najbliższe już jutro. Niestety żadnych więcej zajęć. Co jeszcze? Ach, należy do klubu koszykarskiego! Ale brak adnotacji by należał do reprezentacji szkoły. Ciekawe...
     Na czarną listę dostał się za wagarowanie i niestosowne zachowanie wobec nauczycieli. Czyli nie lubi autorytetów.
     Zamarłam na ułamek sekundy nasłuchując dźwięków dochodzących z korytarza. Na szczęście to nie Nataniel, ktoś a po prostu przechodził obok. Jednak najwyższa pora była się zmywać.
     Odłożyłam wszystko na miejsce i zamknęłam szafkę z mocnym postanowieniem, że jeszcze wrócę do tych czarnych teczek. Skończyłam raport i poszłam na zajęcia. W końcu miałam tylko godzinną lukę. Wolałabym zaczekać na Nataniela, ale nie chciałam się spóźnić na lekcje. Jeśli chciałam odzyskać swoje rzeczy musiałam być miła, grzeczna i uśmiechnięta.
     Ech, to życie jest do bani.

     Kiedy lekcje nareszcie się skończyły, nie miałam najmniejszej ochoty wracać do domu. Wiedziałam, że Sisi będzie czekać na mnie z obiadem i „przepytywanką”.  Nasze posiłki wyglądały jak gra w dwadzieścia pytań... Gdyby siostra zapaliła jaśniejsze światło byłoby zupełnie jak na starych kryminałach. Lampa po oczach i udowadniaj, że nie jesteś wielbłądem. Co prawda jeszcze nic nie nabroiłam, ale nie miałam nawet jeszcze na to czasu. Zaśmiałam się na głos sama do siebie.
     - ...nea, Verrinea!! Wołam cię i wołam.
     - Przepraszam, zamyśliłam się trochę. - Po raz pierwszy uśmiechnęłam się szczerze, tak z własnej woli. Po prostu widok Nataniela pozytywnie mnie nastrajał. Był szczery, dobroduszny i taki optymistyczny. Patrząc na jego wieczny uśmiech odbijający się w wesołych oczach nie sposób było być ponurym.
     - Przepraszam, że tak cię zostawiłem, ale pierwszaki miały kłopoty i rozumiesz... Ale ja nie o tym! Co powiedziałabyś jakbym zaprosił cię na kawę albo ciastko... Tak w ramach podziękowań za ten raport. Dyrektorka była wniebowzięta. Mówiąc między nami vice zawsze spina dokumenty nie w tej kolejności co trzeba - Nie sposób było się z tego nie zaśmiać. Zwłaszcza z komicznej "spiskowej" miny Nataniela.
     - Z całą przyjemnością bym się zgodziła - Ciekawiło mnie, jak to będzie spędzić trochę czasu w towarzystwie takiej osoby.
     W kawiarence ogarnęła mnie nieznana wcześniej melancholia i żal. Słuchając Nataniela zaczęłam zastanawiać się, co ja takiego do tej pory robiłam. Znałam wszystkie filmy o których mówił, wiedziałam co trzeba o piosenkarzach i gwiazdach, ale... Kiedy ostatnio tak naprawdę cieszyłam się nimi? Kiedy ostatnio spędzałam czas leniwie siedząc sobie w kawiarni i popijając kawkę, rozmawiałam z przyjaciółmi?
     W sumie to nigdy nie miałam przyjaciół. Znajomych, kolegów to owszem - na pęczki. No, był jeszcze Ken. Tyle, że nie potrafiłam traktować go inaczej jak nieporadnego młodszego braciszka. Nigdy nie miałam kogoś równego sobie, z kim mogłabym swobodnie rozmawiać. A ci z którymi się kręciłam... No cóż… lepiej było nie zdradzać im swoich tajemnic. Może przyjazd tutaj jednak wyjdzie mi na dobre?
     Na kawie i ciastku się nie skończyło - Nataniel zabrał mnie na cudowny spacer po mieście. W jego towarzystwie czas jakby zwolnił, a wszystko co mnie cisnęło nagle wywiało mi z głowy. Do domu wracałam spokojna i lekka. Jak nigdy wcześniej...

     - Gdzieś ty była?! I w ogóle to coś ty sobie myślała?! Masz szlaban! Masz wracać do domu zaraz po szkole! I co się tak głupio uśmiechasz, co? A może znowu coś zmalowałaś? Tylko mi nie mów, że już musisz zostawać po lekcjach. To jakiś obłęd!
     - Przestań wariować...
     - Mam nie wariować? Mogłaś mnie chociaż zawiadomić!
     - Zawiadomić?! -No to mi teraz podniosła ciśnienie.- Mam ci przypomnieć, kto mi zarekwirował komórkę?! I przy okazji skasował całą książkę kontaktów?! Więc powiesz mi może, jak miałam cię zawiadomić? Po za tym byłam na kawie z przewodniczącym szkoły, a może to też nie jest właściwe towarzystwo?!
     Trzasnęłam drzwiami swojego pokoju i przekręciłam kluczyk znając zacięcie mojej siostry. I się nie zawiodłam. Waliła w drzwi jak młotem, ale to nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Z doświadczenia wiedziałam, że głośniki mojego komputera były w stanie zagłuszyć wszystko. Z rodzicami było tak samo.
     Najpierw strzelaj, potem pytaj. I oni się dziwią, że nie mam ochoty ich słuchać. Może zmieniłabym zdanie, gdyby i oni czasem słuchali mnie. Ale przecież łatwiej było zacząć wrzeszczeć i wysłać do swojego pokoju.
     Rzuciłam się na łóżko wtulając się w poduszkę. Czasami żałowałam, że nie byłam taka jak Sisi.
     I nie chodziło mi tutaj o jej wygląd rasowej modelki. Sama nie byłam niczego sobie i miałam naturalnie platynowe włosy. Sisi ponoć też kiedyś takie miała, ale ściemniały jej z wiekiem do zwykłego blondu. Ale ona była po prostu idealna.  Zawsze pewna siebie i asertywna, nigdy nie sprawiała kłopotów. Nikt nigdy się jej nie czepiał, no bo i jak takiej dogryźć? Bez problemu skończyła szkołę i zaczęła pracę w reklamie. Jej kampanie odnosiły teraz sukcesy.
     Delikatne pukanie do drzwi przedarło się przez muzykę lepiej, niż walenie w nie pięścią. Pięść wydawała po prostu dźwięki zbyt zbliżone do perkusji.
     - Verrinea otwórz. Musimy porozmawiać, tak na spokojnie. Mam nawet twoje ulubione lody.
     To była jej stara sztuczka. Pamiętam, jeszcze kiedy mieszkała w domu a ja pokłóciłam się z rodzicami przychodziła do mnie z całym wiaderkiem lodów i godzinami wysłuchiwała moich żali. Na złość rodzicom słuchałam się tylko i wyłącznie jej. To było komiczne jak przez pół godziny mama próbowała zmusić mnie bym wyniosła śmieci, a później wystarczyło jedno słowo Sisi bym natychmiast się ruszyła. Uwielbiałam doprowadzać tym rodziców do szewskiej pasji.
     Złość już ze mnie zeszła, więc pozwoliłam jej wejść. Usiadłyśmy na łóżku stawiając pośrodku lody i dwie łyżki.
     - Przepraszam, że się tak na ciebie wydarłam. Ale mam coś na przeprosiny.
     Z tylniej kieszeni spodni wyjęła moją komórkę! Z utęsknieniem przywitałam się z małym kawałkiem metalu i elektroniki. Z rozbawieniem spojrzałam na napis na tapecie: "Więcej grzechów nie pamiętam i za żaden nie żałuje".
     - Masz nie tylko skasowane kontakty, ale i zupełnie inny numer. I Rin… -zatrzymała się tuż przy drzwiach - postaraj się nie myśleć o tym jak o zesłaniu.
     Wcale nie myślałam o tym jak o zesłaniu. Tak na prawdę wolałam mieszkać z Sisi, niż użerać się z rodzicami. Nawet zaczynało mi się tutaj podobać.
     Choć miasto było tej samej wielkości, to jednak tutaj czas zdawał się płynąć wolniej. Na ulicach nie było widać śpieszących się ludzi, kierowcy nie trąbili nerwowo jeśli tylko ruch odrobinę zwolnił. W parkach wychodziło się na spacer z psami, a nie się je wyprowadzało. Podobało mi się to.
     Z tym, że to było nudne. Sielanka w ogóle nie pasowała do mojego charakteru.  Ja kochałam ruch, energię i odrobinę rywalizacji. To była moja pieta achillesowa. Do życia jak powietrza potrzebowałam adrenaliny lub kogoś, z kim mogłabym się zmagać.
     Problemem było to, że wyzwania intelektualne zbyt szybko przestawały mnie bawić. Dostarczały za małych emocji. Zdecydowanie wolałam sport a zwłaszcza kontaktowy.

     - Dobra! Zrobimy sobie dzisiaj test. Będziecie dzisiaj biegać nie na czas, a na ilość. Przez pełne pół godziny macie zasuwać wokół boiska. Nie wolno wam się zatrzymać ani przejść do marszu. Wasza ocena zależy od tego ile kółek zrobicie.
     Dziewczyny na słowa trenera oczywiście zaczęły jęczeć. A jakże by inaczej. Tak było za każdym razem, gdy kazał im robić coś więcej niż grać w siatkówkę.
     Zakładając słuchawki wszedłem na bieżnię i ustawiłem playlistę by zagłuszyć dalszy ciąg marudzenia. To, co teraz powiedzą, było bez znaczenia. Skoro uczestniczyły w rozgrzewce nie było bata by stary Roger im odpuścił.
     Kiedy tylko dał sygnał ruszyłem ostro do przodu, lecz zamiast jak zwykle wysunąć się na czoło zobaczyłem tylko mijającą mnie białą chmurę włosów i krótkie szorty.
     Bieg za tą dziewczyną miał pewne... walory wizualne. Więc nie było tak źle, zresztą nie było sensu jej wyprzedzać. Prędzej czy później i tak się zmęczy i odpadnie. Nie było mowy żeby wytrzymała takie tempo dłużej niż trzy minuty.
     Trzy minuty później i dwa zdublowane okrążenia zacząłem podejrzewać, że jednak może wytrzymać takie tempo. No, no, no. Tego jeszcze nie grali by jakaś dziewczyna tak się starała na WF’ie.
     Nagle odwróciła głowę, pokazała mi język i przyśpieszyła!
     To mogło być nawet całkiem interesujące. Zwykle dla zabicia czasu liczyłem ile razy dublowałem resztę grupy. Jednak wyglądało na to, że tym razem będzie ciekawiej.
     Podkręciłem tempo wyprzedzając ją znacząco. Ale już po chwili zrównała się ze mną, pobiegła obok mnie kilkadziesiąt metrów i jakby ze mnie drwiła bez problemu przyśpieszyła!
     Ta zabawa naprawdę wciągała. Biegliśmy jak na złamanie karku popatrując na siebie od czasu do czasu szukając oznak zmęczenia. Oboje byliśmy zziajani, ale żadne z nas nie chciało odpuścić.
     Na sto metrów przed metą oboje przyśpieszyliśmy jakby gonił nas sam diabeł. O ile diabeł dałby radę utrzymać tą olimpijską szybkość i jeszcze miałby siły, i chęci by kogoś ścigać.
     - To niesamowite! Kastiel już od dawna namawiam cię żebyś się zgłosił do zawodów, ale nie sądziłem, że jesteś w stanie wykręcić taki wynik. Jestem pewien, że mógłbyś wygrać zawody krajowe! A ty? Jak się nazywasz? Jeszcze nie miałem dziewczyny, która by choćby przez jedno okrążenie biegła równo z nim! A ty wykręciłaś TEN SAM wynik! -Stary Roger poklepywał ją po ramieniu, kiedy łapała oddech z pochyloną nad kolanami głową.
     - Jestem Verrinea Lancaster.
     To imię... ten głos... Nareszcie ją skojarzyłem! To ona była tą przyćpaną dziewczyną sprzed kilku dni. Rzuciła wtedy jakiś fajny tekst, dlatego utknęła mi jakoś w pamięci. Nie zmieniało to faktu, że w tym momencie byłem na nią wściekły.
     - Może wstąpisz do drużyny lekkoatletycznej, Nowa. - rzuciłem ironicznie i ruszyłem pod prysznic. Teraz to dopiero będę miał jazdę! Stary Roger nie da mi spokoju z tymi zawodami i będzie o tym ględził przy każdej okazji ! Jasny gwint! To wszystko jej wina.
     - Verrinea. Tak trudno zapamiętać?
     Wziąłem głęboki oddech zatrzymując się. Ten dzień był gorszy niż zwykle, a ona zaczynała działać mi na nerwy. Najpierw ten cyrk na bieżni, teraz jeszcze to.  Najwyraźniej jej odbiło, albo nie miała nic lepszego do roboty. Tak czy siak miałem jej po dziurki w nosie.
     - Tylko o to ci chodzi? Chcesz żebym zapamiętał jak masz na imię? - Stała tam patrząc na mnie wyczekująco. - Zapomnij! Nie interesuje mnie jak się nazywasz ani kim jesteś. I odczep się ode mnie.
     Uśmiechnęła się triumfalnie i widać było, że nie mogła się od tego powstrzymać. Głupia baba! I z czego się tak szczerzyła?

     Szybki prysznic pozwolił mi się trochę uspokoić i przestać o niej myśleć. Do klasy wróciłem już w znacznie lepszym humorze. Niestety, gdy tylko przekroczyłem próg laboratorium chemicznego rozmowy ucichły. Wszyscy spojrzeli na mnie z zaciekawieniem i lękiem. Niezawodny znak, że plotki już poszły w obieg.
     Ignorując ich całkowicie zająłem swoje miejsce.
     Już od dawna nie miałem tak wkurzającego dnia. Nie powiem, ściganie się z nią nawet mnie rozbawiło. Ale cała reszta była po prostu katastrofą! Już sobie wyobrażałem, co mnie od jutra czeka ze strony starego Rogera.
     Już rok temu jak tylko pojawiłem się w tej szkole uwziął się na mnie. Jakby mógł to obsadziłby mnie w każdej drużynie i wysłał na wszystkie zawody. Był tylko jeden, mały problem. Nie miałem zamiaru w nich startować. Lubię pobiegać czy czasem zagrać w kosza, ale to nawet nie jest moim hobby.
     - Nie wierzę, że ona pokonała Kastiela! Żadna dziewczyna nie dałaby rady go prześcignąć! Mówię wam, nowa sama puściła tę plotkę!
     - Nie mów tak o Verrinei!
     Aż podniosłem zaciekawiony głowę. Jakiś głąb w okularach przypominających denka od butelek owinięte drutem wykłócał się z kilkoma osobami. Swoją drogą on też był nowy.
     - Zamknijcie się! Verrinea pokonała każdego głąba! - W klasie zapadła grobowa cisza, nikt nawet nie odważył się poruszyć.
     Już się podnosiłem, ale w drzwiach pojawił się nauczyciel. Chcąc nie chcąc usiadłem.

     Rozdział III

     Ktoś życzliwy i nielubiący widoku krwi, chyba zawczasu ostrzegł tego okularnika, bo na koniec lekcji zmył się błyskawicznie.
     Właściwie to byłem z tego zadowolony. Nie miałem ochoty wyżywać się na nim, nawet jeśli ośmielił się nazwać mnie głąbem. Swoją drogą, musiał być skończonym idiotą! W tej szkole wszyscy wiedzieli, że nie należy mi się naprzykrzać. A najlepiej całkowicie mnie ignorować.
     Niczego nie cenie sobie tak, jak świętego spokoju. Niestety, wyglądało na to, że przez nią zostanę go pozbawiony na jakiś czas.
Verrinea.
     Niespotykane imię...
     Jasny gwint!
     Nie było ważne żebym powiedział jej imię! Chodziło o to żebym je zapamiętał! A kogo najłatwiej zapamiętać? Kogoś kto cię wkurza, irytuje i podnosi ciśnienie.
Dałem się nabrać jak głupi szczeniak.
     Ale trzeba było przyznać, że genialnie to rozegrała. Nawet gdybym chciał ją zignorować, to wywołała taką sensację, że na każdym kroku słyszałem jej imię.
     Na szczęście był już koniec zajęć. Cała ta rozwydrzona hałastra pójdzie sobie do centrum handlowego czy gdzie tam chcą, a ja będę mógł w spokoju porzucać do kosza...
     Stanąłem jak wryty na brzegu sali gimnastycznej i niemal zacząłem warczeć na sam jej widok. Stała jakieś dziesięć metrów przede mną, rozmawiając z szefem klubu koszykarskiego a jednocześnie kapitanem drużyny - Quentinem. Ręce trzymała oparte o biodra w bojowej postawie. Nagle przechyliła się w bok by rzucić okiem na ćwiczących za nim chłopaków.
     - Patrząc na to jak gracie, to naprawdę mnie potrzebujecie.
     Jej pewność siebie była irytująca, ale na szczęście nie stanowiła mojego problemu. Wziąłem jedną z piłek i zająłem się rzutami wolnymi. Z resztą klubu grałem dopiero kiedy kończyli swój trening. W końcu wszyscy należeli do odnoszącej sukcesy reprezentacji szkoły.
     - Kastiel, złaź z boiska! Zagram sobie z panną Lancaster jeden na jednego.
     Uśmiech Quentina nie wróżył jej nic dobrego. Był znany z nieczystej gry i częstego faulowania przeciwników. Ciekaw co z tego wyniknie, usiadłem na ławce nic nie mówiąc. Verrinea spojrzała na mnie i uśmiechnęła się kącikiem ust. Jakby chciała mi dać znać, że przewidziała zagrywkę Quentina i miała zamiar zagrać z nim po swojemu.
     Niestety już po chwili wylądowała na posadzce mocno obijając biodro. Jednak od razu się podniosła i nawet się nie otrzepując śmiało zaatakowała. Odebrała piłkę i zrobiła niesamowity wsad. Chłopaki gwizdnęli zachwyceni. Nie wiem tylko czy chodziło o to, co zrobiła czy o to jak wyglądała. Miała na sobie te same skąpe szorty co podczas WF’u.
     Quentina jednak to tylko wkurzyło i zaczął się prawdziwy mecz. Z początku było mi jej szkoda, zacząłem się nawet zastanawiać czy go nie przystopować, ale gdy po raz setny zaliczyła glebę wstała jakby odmieniona. Naprawdę nie wiem jak ona to zrobiła, ale po chwili to kapitan drużyny koszykarskiej leżał rozciągnięty na posadce, podczas gdy ona zdobywała kolejny punkt.
     - Masz już dosyć, czy mam cię definitywnie pokonać? - zapytała po zdobyciu wyrównującego punktu. Faktycznie, od któregoś momentu to ona prowadziła, zdobywając punkt za punktem. Quentin prychnął.
     - Dobra, i tak zmarnowałem za dużo czasu na ciebie. Możesz dołączyć do klubu. A teraz won na ławkę albo zagraj se z Kastielem. Drużyna, kółka wokół sali!
     Podeszła do mnie po drodze podnosząc przerzucony przez torbę mały ręcznik.  Przetarła nim twarz i rzuciła go na ławkę. Podniosła butelkę z wodą i szamocąc się z nią chwilę, odkręciła ją. Oddychała głęboko i miarowo - żadnego sapania.
     - Zagramy?
     Zaskoczyła mnie tą propozycją. Ile ona miała siły? Ledwie godzinę temu ścigała się ze mną a przed momentem starła się w meczu koszyków z gwiazdą drużyny i jeszcze miała energię żeby grać ze mną?
     - Może sobie daruj. Jutro nie ruszysz ani ręką, ani nogą jeśli się przeforsujesz.
     - Spoko, nic mi nie będzie.
     Nawet na mnie nie spojrzała szarpiąc się z zamkiem swojej torby, a kiedy już ją otworzyła zaklęła pod nosem. Nie spodziewałem się, że zna taką wiązkę.    Odruchowo spojrzałem co takiego się stało i zobaczyłem ogromną granatową plamę na jej rzeczach.
     - Próbujesz przefarbować ciuchy czy po prostu rozlał ci się długopis? - Na widok jej spojrzenia bazyliszek skomląc, z podkulonym ogonem schowałby się w jakieś norze.
     - Zablokowana kłódka szafki, zabrane zeszyty, zalane atramentem rzeczy. Żarty rodem z podstawówki, ale zaczynam tracić cierpliwość.
     Nie mogłem powstrzymać śmiechu.
     - Najwyraźniej podpadłaś temu bezmózgiemu trio: Amber i jej dwie koleżaneczki. Takie drobne złośliwości są jak najbardziej w ich stylu.
     - No to mnie jeszcze popamiętają. - W jej oczach zapłoną ogień, kiedy to mówiła.
     - No nic. Będę się zbierać, na razie Kastiel.
     Powinienem się chyba przyzwyczaić do bycia zaskakiwanym przez nią. Zaniemówiłem z szeroko otwartymi oczami kiedy zawołała do mnie po imieniu jakbyśmy byli przyjaciółmi. Nikt w szkole nie pozwalał sobie na takie poufałości. Już o to zadbałem.
     Ta dziewczyna jest dziiiwna.

     Po powrocie do domu z przyjemnością wzięłam gorącą kąpiel. Leżałam w pachnącej wodzie, pozwalając rozluźnić się napiętym mięśniom i delektowałam się dzisiejszym dniem. Byłam zachwycona i nawet zniszczenie ubrań wprawiało mnie w dobry humor. Chociaż przypuszczałam, że bucząca w rogu łazienki pralka da radę pozbyć się atramentu. Więc raczej nici z odzyskania swoich ciuchów.
     Po cudownej kąpieli zaczęłam myszkować po kuchni, szukając czegoś na kolację. Dzisiaj Sisi miała urwanie głowy w pracy, więc kiedy wróciłam ze szkoły zamiast obiadu zastałam karteczkę z numerem do pobliskiej pizzerii. A miałam nadzieję namówić ją żeby zrobiła swoje słynne naleśniki.
     W końcu smak na nie, wygrał z moim po kąpielowym lenistwem. I naturalnie gdy już wysmażyłam ostatniego, a nawet zmyłam nawet miskę po cieście, Sisi wróciła. Miło było usiąść razem i zjeść posiłek bez „odpytywanek”. Moja siostrzyczka była chyba zbyt zmęczona.
     Poszła się przebrać, a ja zajęłam miejsce przed telewizorem czekając na filmowy hit dzisiejszego wieczora. Jednak w końcu i mnie dopadało zmęczenie. Powieki same mi się zamykały a miękka kanapa coraz bardziej "wtulała się w moje ramiona".
     Coś ciężkiego opadło mi nagle na kolana wybijając mnie ze snu. Ze zdziwieniem rozpoznałam swoje ukochane glany, które moi rodzice wraz z resztą rzeczy odebrali mi przed wysłaniem mnie tutaj! Z utęsknieniem przejechałam opuszkami palców po czarnej skórze i metalowym, zimnym wzmocnieniu noska. Po prostu kochałam te buty!
     - Brawo siostrzyczko. -Sisi uśmiechała się do mnie ciepło. - Przetrwałaś pierwszy tydzień bez żadnej wpadki. Zasłużyłaś na nagrodę.
     - To znaczy, że za każdy tydzień będziesz mi oddawała moje rzeczy? - zapytałam z nadzieją przyciskając do siebie buty. Miałam z powrotem moje cudeńka!  - I nie muszę już chodzić w tych okropnych baletniczkach?
     - Zobaczymy jak z tym będzie. A tak w ogóle to, to są balerinki a nie baletniczki.
     - Jeden czort! Od teraz nie mam zamiaru ich więcej zakładać. Moje kochanie do mnie wróciło.
     Sisi przewróciła tylko oczami na widok mnie tulącej się do pary wysokich cholewek. Wiem, to jest dziwne, a nawet chore. Ale hej! Każdy ma bzika na jakimś punkcie! Ja mam na punkcie moich niezdzieralnych glanów.


Ostatnio edytowany przez Verrinea (13/08/2012)

 

Nieśmiała Posty: 202
Online
01/05/2012 - #2 

 

Nikt nie komentuje... Szkoda sad. Ale i tak zamieszczę kolejny rozdział smile


 

Nieśmiała Posty: 202
Online
01/05/2012 - #3 

 

Rozdział IV Szczurzyca         

    Piątkowe zajęcie zaczynałam w wyśmienitym humorze. Siedząc na nudnawej biologi wesoło machałam nogami delektując się upojnym ciężarem dokładnie zasznurowanych glanów. Świetnie kontrastowały z jasnym dżinsem rurek, które miałam tego dnia na sobie. Świat po prostu stał się cudowny.
    Póki na przerwie nie zobaczyłam Kentina.
    -Boże, co ci się stało?!
    Wyglądał jakby wpadł do jeziera albo zaliczył nagłą ulewę. Jego ukochany sweter - tak ten okropny, włochaty i w dziwnych kolorach - pod wpływem wody porozciągał się we wszystkich kierunkach. A jakby jego zwyczajowa fryzura nie była dostatecznie, będę delikatna - nie modna to teraz włosy miał dokładnie ulizane na boki z paskudnym przedziałkiem. Spróbował zetrzeć wodę z twarzy przemokniętym rękawem z wiadomym wynikiem. Szybko wyciągnęłam jakąś zapomianą chusteczkę i mu ja podałam.
    -Zbiornik na wodę w naszej szklarni się na mnie przechylił.
    -Przechylił? Ktoś specjalnie podpiłował nogi licząc, że zaleje nasze uprawy. A staramy się wychodować niezwykle delikatne orchidee! I nie powiem głośno kto to zrobił. -Iris była wściekła i tylko łypała złowrogo w kierunku Amber.
    -To ona? -czułam już jak we mnie się wszystko gotuje.
    -A któż by inny? Czuje się panią świata bo to siostra Nataniela. Udaje przed nim niewiniątko i zawsze mu się żali jeśli tylko ktoś spóbuje jej się przeciwstawić. Nasz przewodniczący jest ślepy i głuchy gdy chodzi o jego małą siostrzyczkę z piekła rodem.
    Zamaskowałam zaskoczenie grzebiąc w szafce w poszukiwaniu ręcznika. Jakim cudem to coś pod toną zbędnego makijażu i strzelające tipsami było spokrewnione z miłym i uczynnym Natanielem? Ja wiem, że nie jestem mocna z biologi ale coś takiego powino być niemożliwe z genetycznego punktu widzenia.
    -Wytrzyj się Ken. Znając ciebie zaraz złapiesz jakieś choróbsko. Masz się w co przebrać?
    Zajęta Kentinem nie zauważyłam jak nasza królowa zła podsuneła się tuż za mnie.
    -Och... Jaka śliczna z was para. Para...
    -Co tu się stało? -dalszy ciąg jej złośliwości przerwało pojawienie się Nataniela. I faktycznie, tak jak wspomniała Iris, Amber nagle przykleiła się do ramienia brata niczym sześciolatka.
   -Właśnie podziwiam jaka śliczna z nich para. Szkoda tylko, że u ogrodników wydarzył się ten straszny wypadek. Wiesz? Wylał się na niego caaaały zbiornik! Biedny Kentin. -jej koleżaneczki z fałszymym współczuciem wymalowanym na twarzach zaczęły potakiwać. Nataniel natomiast poczochrał Amber po głowie i uśmiechnał się.
   -Głuptasie, oni nie są parą. To przyjaciele z poprzedniej szkoły. Wiesz, powinienem mieć jakąś bluzę w pokoju. Powinna pasować, choć ze mną.
   Zabrał ze sobą Kentina a Iris pobiegła za nimi. Odwróciłam się od Amber i zaczełam szperać w szafce dając jej do zrozumienia, że nie mam zamiaru z nią rozmawiać. Lepiej dla niej byłoby gdyby poprostu odeszła. Niestety poczuła się mylnie panią sytuacji. Nie zauważyła tylko, że korytarz już pustoszał i nikt nie zwracał na nas uwagi.     
    -Twój przyjaciel, co? Lepiej się nim zaopiekuj bo straszna z niego ciamajda i z-o-s-t-a-w w spokoju mojego brata. Nataniel to za wysokie progi jak dla kogoś takiego jak ty. -zatrzasnęłam z hukiem szafkę i gwałtownie odwróciłam się tak, że dzieliły nas już tylko centymetry. Pozwoliłam by maska grzecznej dziewczynki opadła.
    -Lepiej to ty i twoje koleżaneczki miejcie się na baczności. Wiesz mi nie chcesz ze mną zadzierać. Twoje żałosne żarciki nie robią na mnie wrażenia. Takie numery to się wycinało w przedszkolu. Co, może jeszcze nasypiesz mi pinesek do addidasów przed w-fem? Uwierz mi na słowo i nie chciej sprawdzać moich słów ale jak zaleziesz mi za skórę to uczynię z twojego życia piekło. I nawet zgrywanie niewiniątka przed Natanielem ci nie pomoże.
    Z każdym moim słowem cofała się zbita z tropu i przestraszona. W końcu poczuła za plecami szafki i rozejrzała się na boki w poszukiwaniu swoich koleżaneczek. Zwykle stały za nią jak obstawa ale wytraszone czmychnęły na bok. Uśmiechnęłam się złośliwie i odeszłam zostawiając je zdębiałe.
    Znałam takich panienek na pęczki. Wylansowane ze szpachlą na twarzach i pazurami jak u zdziczałego kota, które syczały na każdego. Silne w grupie w pojedynkę były płochliwe i zakompleksione. Królowe plotek, mistrzynie intryg i nieczystych zagrań nie radziły sobie jeśli tylko trafiły na kogoś cwańszego od siebie.
     Przyznam szczerze, że zupełnie nie szanowałam takich pustogłowych panienek. Drażniły mnie samym istnieniem. A Amber dodatkowo mi podpadła.
     Przez resztę dnia wymyślałam sposoby na jej ukaranie. Posłuchałam słówko tu, tam się dopytałam co nie co... Przyobserwowałam gdzie te wiedźmy miały swoje szafki.
     -Masz uśmiech jak kot z Cheshire. -Kastiel stał kilka metrów dalej, schowany w przerwie pomiędzy szafkami. Spojrzeliśmy na siebie mierząc się i nie bardzo wiedząć co dalej.
     -Nowa! Masz sprzątnąć naszą salę. Sprawdź wszystkie piłki, sflaczałe zanieś do woźnego - niech je napompuje.
     Obejrzałam się z uniesioną brwią wyrażającą powątpiewanie. Miałam dosyć trójek. Tym razem to Quentin przyszedł z dwoma kumplami. Nie lubiłam tego oczucia kiedy patrzyli na mnie z góry, no ale jak mieli po dwa metry to nawet moje metr siedemdziesiąt pięć nie robił wrażenia.
     -Okej, niech będzie. Uznam to za takie klubowe otrzęsiny. Ale na przyszłość, nie próbujcie się mną wyręczać.
     Odeszłam nieśpiesznie ciesząc się w duchu jak małe dziecko. Och! Wszystko składało się w idealną całość. Kiedy skończyłam sprzątać niby to przypadkiem zostawiłam niemal niewidocznie uchylone okno w kanciapie trenera.   

     Monotonię poniedziałkowego poranka rozdarł przeraźliwie wysoki krzyk. Niektórzy, ze mną włącznie, przysłaniali sobie uszy dłońmi by choć trochę przytłumić ten nieprzyjemny dźwięk.
     Tak się akurat złożyło, że razem z Kentinem i Iris staliśmy koło jej szafki. I absolutnie nie miało to nic wspólnego z tym, że jej szafka znajdowała się niedaleko wrzeszczącej teraz Amber. Przerażona zaczęła się drzeć kiedy otworzyła dźwiczki i zobaczyła swoje wszystkie rzeczy przemalowane na czarno. Sprey`em. A no i jej żakiecik, który nieopacznie zostawiła na weekend w szafce cały ociekał wodą.
     Zwabiony jej krzykami Nataniel trzymał ją teraz w swoich objęciach i próbował uspokoić. Nie powiem, zdawał się być wkurzony. Wodził oczami po wszystkich zgromadzonych szukając winnego.
     -To wszystko jej sprawka! Ona to zrobiła! -nerwy Amber nie wytrzymały kiedy wyłapała mnie znad ramienia brata. Nataniel spojrzał na mnie zaskoczony.
     -Moja? Niby dlaczego miałabym robić coś takiego? Ja cię prawie nie znam, przecież poznałyśmy się zaledwie w piątek...
     -Nienawidzisz mnie! Powiedziałaś mi to! Prawda, dziewczyny? -zalewała się fałszywymi łzami. A raczej szczerymi łzami bezsilnej złości. Niestety Nataniel rzucił okiem na potakujące koleżanki swojej siostry i spojrzał na mnie wrogo.
     -Zrobiłaś to? -jakoś dziwnie czułam, że w porę ugryzł się w język żeby nie wypalić "dlaczego to zrobiłaś".
     -Wybacz Nataniel ale nie wiem o czym Amber mówi. Nie wiem, może faktycznie w piątek powiedziałam coś niemiłego ale byłam zdenerwowana tym wypadkiem. Ale w żadnym przypadku jej nie nienawidzę. Nie mam powodu, a już tym bardziej nie mam powodu żeby niszczyć jej rzeczy. Z resztą niby kiedy miałabym to zrobić?
     -Pewnie przyszłaś wcześniej i...
     -Verrinea przyszła dzisiaj ze mną i Iris.
     -No to w czasie weekendu! -Nataniel nie wiedział co robić, patrzył bezradnie na mnie i Kena to na Amber. A ona cała trzęsła się z wściekłości i resztkami sił powstrzymywała się od wybuchu.
     -A jak weszłabym do szkoły w sobotę? Amber jest mi przykro, że ktoś ci zniszczył rzeczy ale to naprawdę nie ja. Może kogoś nie chcący obraziłaś albo to jakiś twój były...-zawiesiłam głos wiedząc, że kilku ich było. A część z nich stoi w pobliżu. 
     Uśmiechnęłam się, miałam nadzieję, że pokrzepiająco.
     -Może lepiej nie zostawiaj jej teraz samej...
     -Nie! To napewno ona! Założe się, że ma sprey w swojej szafce! -Nataniel zaczynał powątpiewać w moją winę ale potrzebował na to ostatecznego dowodu.
     -Proszę bardzo. Możecie przejrzeć moją szafkę i plecak jeśli trzeba.
     Brak mojego oporu najwyrażniej zbił Amber z tropu ale całą gromadą ruszyliśmy do mojej szafki. Otworzyłam ją szeroko żeby każdy na korytarzu mógł zobaczyć, że nie ma w niej nic pócz kilku zeszytów i książek.
     Nie byłam tak głupia żeby obciążające dowody trzymać przy sobie. Sprey wywaliłam do kontenera obok wyburzanego budynku całego pokrytym grafiti. Tam kolejna puszka nie zwróci niczyjej uwagi, w przeciwieństwie do szkolnego kosza. Okno domknęłam do tego stopnia, że nikt nie powinien niczego zauważyć. A nawet jeśli to trener zapewne uzna, że sam zapomniał je zaknąć. Dziś rano przyszłam w obstawie więc nie było żadnego punktu zaczepienia. Nic nie wskazywało na mnie a tym bardziej nie łączyło mnie z tą "zbrodnią".
    -Zrobiłaś to Verrinea. Prawda? -zapytała niepewnym głosem Iris kiedy wszyscy dawno się już rozeszli. W pierwszej chwili przyznała, że Amber się to należało ale zaraz spojrzała na mnie z niepewnością.
    -Ona nic takiego nie zrobiła. Jak możesz tak myśleć? -dlatego właśnie kochałam Kentina. Może i był nieporadny, nachalny i ciapowaty ale przede wszystkim był lojalny. Wiedział o wszystkich moich wygłupach i nigdy mnie nie wsypał.
    Dzisiaj też. Zorientował się co się świeci jak tylko Amber zaczęła się drzeć. Z pewością domyślił się też dlaczego tak nagle zaproponowałam wspólne pójście do szkoły. Znając jego musiało mu się zrobić przykro. A mimo to - krył mnie.
    Do zajęć klubowych przekonałam się, że Nataniel na poważnie wziął moją radę i nie opuszczał Amber nawet na krok. I zanosiło się, że trochę ten stan rzeczy się utrzyma. A więc wiedźma została na jakiś czas spacyfikowana. A ja przezornie nie narzucałam się swoją osobą Natanielowi i tylko posyłałam mu kilka razy "rozumiejący" uśmiech. Lepiej było nie kusić losu kiedy krew nadal wrzała.
    Za to Kastiel przyglądął mi się uważnie w czasie gry. Miałam wrażenie, że uśmiechnął się kilka razy tak jakby z.. uznaniem?.
    -Wyglądasz jakbyś złapała myszkę. -szepnął kiedy przechodził koło mnie idąc do szatni.
    -To raczej była tłusta szczurzyca. -odpowiedziałam znikając za  drzwiami.


 

Plotkara Posty: 944
Offline
02/05/2012 - #4 

 

Nikt nie komentuje? Ja komentuje! Bym dodała wczoraj, ale nie zdążyłam przeczytać całego bo już leżałam plackiem na ziemi big_smile Coś strasznie chciało mi się spać... Ale co tam...
Świetnie napisałaś! Cudnie! Wszystko ze sobą zgrane itd. Ja sama jak czytałam, miałam wątpliwości kto to zrobił haha big_smile
Napiszesz coś dzisiaj??


 

Nieśmiała Posty: 202
Online
02/05/2012 - #5 

 

Dziękuje Luniaczka! Nawet nie wiesz jak mnie ucieszył Twój komentarz. Już zaczynałam podejrzewać, że piszę tak beznadziejnie, że nie jest to warte wysiłku by ktoś coś naskrobał.
Co do kolejnej części to właśnie nad nią pracuję i wygląda na no że dosyć długa mi wyszła. Nie jestem pewna czy dodam ją już dzisiaj ale na pewno pojawi się wciągu kilku następnych dni:)


 

Plotkara Posty: 944
Offline
02/05/2012 - #6 

 

Spoko big_smile Mam nadzieję, że szybko się pojawi big_smile  Nie oceniaj się zbyt surowo haha big_smile Pięknie piszesz big_smile


 

[Konto usunięte] Posty: 2286
Offline
02/05/2012 - #7 

 

Jestem następną czytelniczką big_smile. Nie ma komentarzy, bo może masz cichych wielbicieli tongue ? Spodobało mi się twoje opowiadania i nie będę tego ukrywać big_smile. Pisz dalej i rozwijaj swój talent. Zapraszam również na swoje F-F : http://www.slodkiflirt.pl/forum/t6869,1 … zienno.htm . Dopiero dzisiaj dodałam pierwsze opowiadanie, a tak ogólnie to miałam to na innym koncie, ale je usunęłam i też nie ma komentarzy big_smile .


 

Nieśmiała Posty: 202
Online
02/05/2012 - #8 

 

Ten rozdział dedykuję specjalnie dla Luniaczki, której komentarze podziałały na mnie jak puszka "Burna" i pozwoliły skończyć rozdział z którym męczyłam się od wczoraj.
Miłego czytania! smile

     Rozdział V Niedoceniany

     Do szkoły zawlekłam się resztkami silnej woli. Przed wyjściem nawet nie zerknęłam w lusterko bojąc się co mogę tam zobaczyć. Nie dziwiłam się więc ukratkowym spojrzeniom i usuwającym mi się z drogi uczniom.
     Miałam to w głębokim poważaniu. I tak w tej szkole nie miałam przyjaciół a jedynie kilkoro ludzi z którymi czasem zamieniałam słowo. A teraz nie byłam w nastroju. Nie sądziłam, że nerwy mogą mnie tak zżerać. Zawsze wszystko spływało po mnie jak po kaczce ale tym razem... Cholera! To już były trzy dni!
     Trzy cholernie długie dni od kiedy Kentin obudził mnie w środku nocy i łamiącym się głosem poinformował, że jego ojciec w końcu dopiął swego. Ten świr znalazł w końcu pseudo wojskową szkołę czy jakiś kurs przetrwania, który zgodził się przyjąć alergika-chuderlaka. Gdybym tylko mogła udusiłabym tego palanta!
     A na dodatek Kentin nie odezwał się od trzech dni. Wiem, że w takich ośrodkach rekwirują komórki ale przecież nauczyłam go kilku sztuczek. Doskonale wiedział jak i gdzie schować swoje rzeczy żeby nikt się nie skapnął. Dlaczego więc nie dzwonił?
     Nawet do głowy mi by nie przyszło że będę tak świrować z jego powodu. Nie mogłam się uczyć, nie mogłam spać. Jedyne co dała radę w siebie wmusić w ciągu tych dni to kilka tych durnych ciasteczek, którymi zwykł się zażerać.
     Mój świat nagle wydał się dziwnie pusty. Brakowało mi porannych smsów typu "Cześć Verrinea. Mamy dzisiaj śliczny dzień. Mam nadzieję, że dobrze spałaś. Przyśniło ci się coś fajnego?". Nawet nie zauważyłam, że przestałam nastawiać budzik już lata temu. Ba! Nawet nie wiedziałam gdzie go mam.
     Dopiero kiedy tak nagle wyjechał uświadomiłam sobie, że odkąd się poznaliśmy w podstawówce nie było dnia żebym się jakoś z nim nie kontaktowała. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu mieszkał w sąsiedztwie i chodził do tej samej szkoły co ja. Później doszły komórki.
     A kiedy zapadła decyzja o moim przeniesieniu natychmiast poinformował mnie, że pojedzie ze mną. Była to miła obietnica ale traktowałam ją raczej jako wyraz sympatii a nie rzeczywistą przysięgę. Jak zapewnienie regularnego pisania i spotykania się kiedy wyjeżdża się do innego kraju. Szczere w chwili składania ale raczej niemożliwe do wykonania. Jednak Kentin zmienił szkołę razem ze mną.
     -Odzywał się do ciebie? -zagadnęłam Iris przy pierwszej nadarzającej się okazji. W końcu mieli ze sobą masę lekcji a nawet należeli do jednego klubu. Często też widywałam ich razem. Niestety Iris pokręciła tylko przecząco głową.
     Czułam się okropnie. Miałam nawet w planach urwać się z lekcji ale nim podjęłam decyzję one same się skończyły. I nawet nauczyciele mnie nie zaczepiali ani nie wzywali do tablicy jakby wiedzieli, że to nie najlepszy pomysł.
     Nie wiedząc co z sobą robić ruszyłam w stronę sali gimnastycznej. Miałam nadzieję, że odrobina wysiłku sprawi, że poczuję się lepiej. Nie miałam ochoty wracać w takim stanie do  domu i martwić Sisi.
     -Verrinea, dobrze się czujesz? Stało się coś, prawda? -widząc zatroskaną minę Nataniela nie mogłam dalej tego dusić w sobie.
     -Kentin wyjechał. To jest ojciec go wysłał do tej pseudo wojskowej szkoły! Oni go tam zamęczą! Ale jego ojciec uważa, że to zrobi z niego mężczyznę. Pacan i idiota! Gdybym tylko mogła z nim porozmawiać!
     Na wyrzucane przeze mnie z prędkością światła słowa Nataniel zareagował w jeden jedyny sposób. Objął mnie czule i delikatnie przytulił do siebie. Głaskał mnie po plecach i uspokajająco szemrał mi do ucha. Czułam się beznadziejnie!
     -Wybacz. I zapomnij. Muszę iść na trening. -wysunęłam się z jego objęć i ukradkowo sprawdziłam czy, nie daj boże, nie zaczęłam płakać.
     -Może zrezygnuj dzisiaj? Nic się nie stanie jak raz na jakiś czas zrobisz sobie przerwę. -odprowadził mnie do samej sali i byłam mu wdzięczna, że nawet nie zająknął się o Kentinie. Nie chciałam teraz o nim rozmawiać. Musiałam się pozbierać po tym chwilowym załamaniu.
     -Dzięki. Jest już okej.
     Na pożegnanie Nataniel uśmiechnął się do mnie krzepiąco i uścisnął moją dłoń jakby chciał przekazać mi część swojej siły.
     Nie reagując na zdziwione spojrzenia chłopaków poszłam szybko do szatni się przebrać.

     Drużyna dzisiaj robiła sobie trochę luzu by odstresować się przed zbliżającymi się zawodami więc od razu zaczęliśmy wspólną grę. Normalnie byłabym wniebowzięta bo trafiłam do jednej drużyny z Kastielem. Zwłaszcza, że ostatnio się nie pojawiał. Teraz jednak miałam to gdzieś.
     Zastanawiałam się co teraz może robić Ken. Wrrr! Nie mogę uwierzyć, że kilka dni jego nieobecności doprowadzało mnie do takiego stanu. Uduszę go za to kiedy tylko go zobaczę!
     -Ał!
      Nie dość, że oberwałam piłką prosto w twarz to jeszcze zwalona z nóg, uderzyłam potylicą z całą siłą o posadzkę. Chłopaki momentalnie zawiśli nade mną. I nawet Quentin za którym, z wzajemnością,  nie przepadałam pomógł mi usiąść. Bo od razu wstać mi nie pozwolili, a jeden nawet bezczelnie obmacał mi głowę czy aby na pewno nic sobie nie zrobiłam.
     -Trzeba było patrzeć kiedy podaję. -Kastiel był wyraźnie wkurzony.
     A niech go diabli wezmą! Miałam teraz na głowie poważniejszy problem. Gwałtownie wstałam i pobiegłam prosto do swojej torby przy ogólnych protestach drużyny. Ignorując ich wyciągnęłam komórkę i drżącymi rękoma wybrałam numer. Co z tego, że skasowali mi kontakty skoro i tak znałam je na pamięć?.
     Wiedziałam co prawda, że dzwonienie do niego nie jest najlepszym pomysłem i to z wielu powodów ale nie bardzo mnie to interesowało. Niech się wali, niech się pali!
     -Cześć. Słuchaj... Nie, to nie mój numer. Tak, zabrali. Nie, nie mama czasu teraz o tym mówić. Pamiętasz, że wisisz mi przysługę? I to dużą. Dobrze. Kumpel trafił do tej pseudo wojskowej szkoły przetrwania w Gilberon. Masz tam kogoś? Świetnie! Niech go przypilnuje. Chłopak ma komórkę. Niech się do mnie odezwie. Pewnie, że o Kentina! A myślałeś, że o kogo idioto?
     Czułam na sobie pytające spojrzenia. Jakbym miała im coś wyjaśniać!
     Złapałam za torbę i wybiegłam ze szkoły. Przerzuciłam ją przez ramię i ściągnęłam pasek tak, że torba przylegała do moich pleców. Tak było dużo wygodniej biegać.

     Zziajana, zmęczona i spocona zatrzymałam się w głębi jakiegoś parku. Spojrzałam w niebo, było już późno. Moja ulubiona pora - zmierzch. Cały świat był pochłaniany przez szarość i cienie, a za nimi gdzieś w oddali napływał mrok. O takiej porze było najłatwiej ukryć siebie i swoje troski.
     -Kto ci aż tak nadepnął na odcisk?
     Zblazowana poza Kastiela z ręką zaczepioną o ramiączko plecaka, która zwykle przyprawia mnie o szybsze bicie serca teraz mnie tylko drażniła. Posłałam mu spojrzenie typu "odwal się ode mnie bo wpiernicz" ale on tylko uśmiechnął się niczym sam diabeł.
     -Aż tak się martwisz o tego beznadziejnie zakochanego idiotę? Prędzej czy później ktoś i tak spuści mu łomot. Zwłaszcza, że nie wie kiedy się zamknąć. Wiedziałaś, że mnie obraził?
     Jego słowa w moich uszach zabrzmiały jak groźba i nagle wszystko się we nie skumulowało. To był naprawdę parszywy dzień. Byłam zmuszona otworzyć moją osobistą puszkę Pandory a teraz jeszcze on mnie prowokował.
     Nie byłam w stanie dłużej się kontrolować.
     Zanim zdałam sobie w pełni sprawę z tego co robię kopnęłam Kastiela z pół obrotu. Trafiłam go w twarz tak jak on mnie piłką. I tak jak w moim przypadku zwaliło go to z nóg. Wylądował na żwirowej alejce parku.
     Adrenalina krążyła mi w żyłach w takich ilościach, że aż zaczęło mi się kręcić w głowie. Dawno się już z nikim nie biłam. Jenak odruchy nadal we mnie tkwiły. Przyciskałam stopę do tchawicy Kastiela jednocześnie unosząc ręce do gardy.
     -Odwal się od niego. -ledwie mówiłam przez zaciśnięte zęby.- Nie będzie mnie interesowało czy cię obraził czy nawet rzucił się na ciebie z nożem. Tknij go a cię zabiję.
     Moja wściekłość sięgała już zenitu. Czułam w rękach i łydkach wibrujące metalowe rurki. Ból od ich drżenia był nie do wytrzymania a jedynym sposobem na pozbycie się tego uczucia było spalić adrenalinę.
     Nienawidziłam ojców! A już w szczególności ojca Kentina. Ach, gdybym tak mogła dostać go teraz w swoje ręce!
     Odwróciłam się do najbliższego drzewa i z całej siły uderzyłam pięścią w szeroki pień.
     Raz.
     Drugi.
     Trzeci.
     Czwarty.
     Poczułam jak ktoś, od tyłu łapie mnie w kleszczowy uścisk. Nie byłam w stanie się uwolnić. Szarpałam się a mój oddech razem ze mną. Już po chwili nie mogłam go złapać. Z otwartymi ustami próbowałam złapać powietrze ale wszystko wewnątrz mnie się zaciskało.
     -Oddychaj! Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. -miarowe polecenia pozwoliły mi się skupić. W rytm nadany przez ten głos zaczęłam w końcu oddychać. Niestety wraz z rozluźnieniem supła w mojej piersi poczułam jak nogi się pode mną uginają a przed oczami wirują mi czarne płatki.

     -Ej, ej! Nie mdlej mi tu! - ostrożnie posadziłem ją na ławce gdzie odchyliła głowę do tyłu i zaczęła miarowo oddychać. Po chwili przymknęła powieki ale domyślałem się, że tylko po to by się uspokoić.
     Spojrzałam na jej dłonie w momencie kiedy przechyliła się w stronę latarni. Skórę na kostkach miała zdartą do krwi i jakby tego było mało zaczęła w nich grzebać.
     -Przestań! Choć, opatrzę ci to. -pociągnąłem ją za rękę, za którą ją złapałem by powstrzymać ją od wyciągania sobie drzazg.
     Poprowadziłem ją w głąb parku, najkrótszą drogą do domu. Nie uśmiechało mi się wpuszczać ją do siebie ale zachowywała się dziwnie. Nawet jak na nią.
     No i było za późno żeby zostawić ją samą w parku. Ech, starzy mnie za dobrze wychowali.
     Kiedy posadziłem ją  na kanapie w salonie zdawała się być zupełnie nieobecna. Cholera! I toto mnie niby powaliło jednym kopnięciem? Ta dziewczyna była szalona i najwyraźniej przynosiła mi pecha!
     Kucnąłem obok niej na podłodze i wsunąłem ręką pod kanapę żeby wyciągnąć apteczkę. Zaśmiała się cienkim, drażniącym uszy głosem który w niczym nie przypominał jej. Dość się nasłuchałem jej śmiechu kiedy wyśmiewała chłopaków na treningach.
     -Musisz jej często używać skoro trzymasz ją w taki miejscu!
     -Naćpałaś się czegoś? -aż mi się przypomniała nasze pierwsze spotkanie. Była w dziwnie podobnym stanie.
     Spojrzałem z niesmakiem na jej dłonie, w pełnym świetle wyglądały o wiele gorzej. Starając się zrobić to możliwie jak najdelikatniej, pęsetą usunąłem wszystkie drzazgi. Niestety, teraz musiałem przemyć to wszystko wodą utlenioną.
     I w tym momencie odchyliła się do tyłu i łupnęła na kanapę jak długa. Zniecierpliwiony pociągnąłem ją za rękę, którą nadal trzymałem, do pozycji mniej więcej siedzącej.
     -Na pewno wszystko z tobą w porządku? -boże czemu ja musiałem trafić na takiego oszołoma? Chociaż jeszcze nigdy nie spotkałem takiej mieszanki jak ona. I coś czułem, że była to substancja baaardzo wybuchowa.
     -Mam już dosyć. Daj mi chwilę, muszę jakoś to odreagować. Chyba, że mogę ci przywalić jeszcze raz.
     Pokręciłem tylko głową. Czy ona próbowała mnie wkurzyć jeszcze bardziej?  Chwyciłem ją mocniej za dłoń i polałem ją wodą utlenioną. Kto wie jak mocno ta szajbuska zacznie wierzgać? Jednak nawet się nie skrzywiła.
     -Jestem przyzwyczajona. -odpowiedziała na moje niewypowiedziane pytanie.- Należałam do klubu walk. Trenowałam kilka rodzai. Nie raz i nie dwa wracałam do domu ze zdartymi pięściami, kolanami i sińcem pod okiem. Daj, resztę zrobię sama.       
     Odsunąłem się i oparłem o stół. Czułem, że powiedziała znacznie więcej niż byłaby gotowa powiedzieć w normalnym stanie. Nie mogłem się powstrzymać. Ta dziewczyna zaczynała mnie poważnie irytować. I intrygować...
     -I to wszytko przez jakiegoś okularnika...
     -Nie znasz Kentina. -wpadła mi w słowo przybierając na bojową postawę- Jest dla mnie jak brat, nieporadny ale zawsze. A jego ojciec na pitolca żeby zrobić z niego Shwarzeneggera...
     W tym momencie naszą rozmowę przerwał dzwonek jej telefonu. Jak oparzona podskoczyła i niemal wyrywając wysuwającą się klapkę, odebrała. Nerwowe napięcie na jej twarzy po usłyszeniu głosu osoby po drugiej stronie przeobraziło się w ulgę.
     Ale  jeszcze nigdy nie widziałem kogoś tak... nie umiałem określić tego co widziałem. Nie była zadowolona, nie była radosna ani ucieszona. A "ulga" zdawała się tutaj nieodpowiednio błahym określeniem.
     Cała promieniała a w jej oczach... jakby wzeszło słońce. Delikatny, ciepły blask wcale nie raniący oczu jasnością a raczej ogrzewający serce. Widziałem już w jej oczach ogień, płomień wyrywający się z jej duszy. Ale to światło... było przeznaczone dla kogoś wyjątkowego.
     Wydało mi się to takie oklepane. I na dodatek ona nawet nie była w nim zakochana! Potrząsnąłem głową zastanawiając się co mnie naszło. Cholera! Kim ona była?
     Jeszcze przed godziną z nienawiścią powaliła mnie na ziemię i zagroziła śmiercią. I nigdy głośno się do tego nie przyznam ale w tamtym momencie byłem pewien, że nie żartuje. Było w niej coś, co pozwalało wierzyć, że jest gotowa zabić.
     Widziałem jak załatwiła największą intrygantkę w szkole i jeszcze przekonała wszystkich do swojej niewinności. Kurdę, nawet Nataniel jej uwierzył! A przecież gdy chodziło o jego siostrę był jak buldożer.
     -Z Kenem już w wszystko w porządku. Dzięki za wszystko ale muszę już zmykać. Moja siostra mnie normalnie zabije. -wyskoczyła do korytarza ale zaraz zajrzała z powrotem do pokoju.
     -Sorki za tego kopniaka. Naprawdę mi przykro.
     I co miałem z tym zrobić? Widać było, że faktycznie jest jej przykro, co nie zmieniało faktu, że szczęka mnie nadal bolała. Mruknąłem tylko coś na potwierdzenie, że ją słyszę.
     -Odprowadzę cię.
     -Nie trzeba, mieszkam na drugim końcu miasta...
     -Powiedziałem, że cię odprowadzę. -dlaczego dziewczyny zawsze muszą odmawiać pomocy?.
     Przy drzwiach chwyciłem kurtę i rzuciłem w jej stronę. Cały czas była w koszulce na ramiączka i krótkich szortach.
     -Nie jesteś taki straszny jak mówią. -uśmiechnęła się. Chciałem jej się odgryźć ale widząc jak rękawy mojej kurtki zwisają jej poza dłonie nie mogłem powstrzymać śmiechu. Wyglądała jak mała dziewczynka w ubraniach ojca!
     -Brakuje Ci tylko pluszowego misia i ogromnego lizaka! -nie pamiętam kiedy się ostatnio tak śmiałem. Ona też się zaśmiała krótko i lekko zdzieliła mnie w ramię.
     -Masz ochotę? -zapytała wyciągając w moją stronę słuchawkę podłączoną do telefonu.
     -Jakbyś miała tam coś ciekawego. - prychnąłem choć tak na prawdę w głowę zachodziłem czego mogła słuchać. Jakoś nie mogłem do niej dopasować żadnego zespołu.
     -Do wyboru mamy Pink, Lordi, Nightwish, Łzy, ze dwa kawałki Evanescence i kilka pojedynczych utworów.
     -Łzy i Lordi? Cóż za dopasowanie!.-popatrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem hitmena.
     -Słucham tego co lubię i w nosie mam czy to disco polo czy death metal jeśli tylko mi się podoba. Nie chcesz to nie.
     Szybko złapałem ją za rękę i pociągnąłem pozwalając, żeby włożyła mi słuchawkę w ucho. Odgarnęła najpierw moje włosy, a kiedy zakładając je za ucho musnęła moją skórę... Przeszedł mnie dreszcz.
     Włączyła "Fighter" Christiny Aguilery i zaraz zdaliśmy sobie sprawę, że słuchawki wcale nie są tak długie jak jej się wydawało. Zerknęła kilka razy w moją stronę, chyba chodziło jej po głowie wziąć mnie pod rękę ale zawczasu wsadziłem ręce w kieszenie. Myślałem, że sobie odpuści ale wraz z następną piosenką ( tym razem "U and Ur hand" Pink ) wsunęła swoją rękę pod moją.
     -Zaraz zaczniemy wydzierać sobie nawzajem słuchawki. Tak będzie dużo wygodniej.- przynajmniej nie przykleiła się do mnie jakby zrobiła większość dziewczyn.
     Ona trzymała tylko rękę delikatnie przerzucona przez moją i szła obok na całkowitym luzie. Może to były początki paranoi ale patrząc na nią miałem pewność, że właśnie dla tej chwili zaproponowała wspólne słuchanie.
     Naprawdę. Pogrywała z każdym wedle własnej woli.

     Wracałem z dziedzńca totalnie zaskoczony tym, że nie zastałem na nim Kastiela. Zachodziłem w głowę jak on to robił, że nigdy nie mogłem go znaleźć i musiałem biegać za nim po całej szkole. W sumie mógłbym spróbować złapać go na którejś z lekcji. Problem polegał tylko na tym żeby zgadnąć na którą dzisiaj przyjdzie. A sądząc po wykazie przekazanym mi przez dyrektorkę chyba miał jakąś dziecięcą wyliczankę żeby o tym decydować.
     Na samą myśl ile czasu stracę próbując przekonać go do podpisania usprawiedliwień, dopadała mnie migrena. Najwyraźniej miał ochotę wylecieć z tej szkoły! Aż czasami korciło mnie żeby sobie darować i nie przekazać mu tych papierów. Miałbym przynajmniej jeden kłopot z głowy.
     W końcu dostrzegłem go w tłumie uczniów, kilka metrów przede mną, Miałem szczęście, szedł w moją stronę a na korytarzu nie miał gdzie się przede mną schować. I była też Verrinea!
     Cudownie, jak tylko załatwię Kastiela będę mógł z nią porozmawiać. Od kilku dni była w kiepskim stanie ale wczoraj wyglądała po prostu tragicznie. Nie chciałem jej w takim stanie dręczyć ale może dzisiaj będzie chciała ze mną porozmawiać. Przykro było na nią patrzeć kiedy się nie uśmiechała. Jej uśmiech jest po prostu magiczny! Przy okazji będę miał okazję przeprosić ją za oskarżenia Amber.
     Kastiel mijając ją nagle się zatrzymał i złapał ją za brodę przekręcając w swoją stronę. Wyglądał na naprawdę wkurzonego. Coś do niej powiedział a ona wyrwała się gwałtownie.
     -Kastiel! Co tu się dzieje? -wepchnąłem się miedzy nich zasłaniając sobą Verrineę. Kastiel tylko na mnie prychnął.
     -A spróbuj tylko nie przyjść na trening! -rzucił tylko patrząc na nią wściekły i zmył się. Odwróciłem się do Verrinei żeby zobaczyć czy z nią wszystko w porządku. Wydawała się być nie mniej wkurzona od Kastiela. Patrzyła za nim takim spojrzeniem jakby chciała wbić mu nóż w plecy.
     -Czego on od ciebie chciał?
     -Nie przejmuj się. Z Kastielem inaczej się nie da. -uśmiechnęła się do mnie szeroko.
     Dopiero teraz zauważyłem, że wyglądała dzisiaj zjawiskowo. Jej błyszczące włosy spływały swobodnie na plecy. Ubrania też w niczym nie przypominały ostatnio częstych u niej workowych bluz. Z zielonej koszulki na krótki rękach śmiało się do świata jaskrawo żółte słońce. Najwyraźniej jej kłopoty się skończyły.
     -Wiedzę, że już z tobą lepiej. To dobrze. Martwiłem się, wyglądałaś wczoraj na załamaną. -skrzywiła się lekko na moje słowa.
     -Wczoraj rozmawiałam z Kenem. Wszystko u niego w porządku więc odetchnęłam.
     -To super. -wiem, że to niemiłe ale poczułem się zawiedziony.- Jak co, to zawsze możesz przyjść ze mną porozmawiać. A już zwłaszcza jeśli masz jakieś problemy z Kastielem.
     -Nie masz się czym przejmować. To była tylko mała, przyjacielska rozmowa.
     -Przyjacielska? -nie bardzo wiedziałem czy to miał być żart ale zdawała się mówić poważnie. Ciekawiło mnie tylko kiedy i gdzie ona niby dała radę się z nim zaprzyjaźnić.
     W oko nagle wpadły mi jej buty. Zwykle nosiła balerinki ale teraz miała na sobie ciężkie, okute buciory. Takie same jak nosił Kastiel.
     -Spadam na lekcje, na razie Nataniel. -zniknęła zostawiając mnie z mętlikiem w głowie. No i nie załatwiłem sprawy z Kastielem. Ani jej nie przeprosiłem
     Migrena przywitała się ze mną waląc mi w skronie na dzień dobry.

    Na koniec zajęć kierując się w stronę wyjścia ze szkoły zerknęłam w lusterko. Wszystko było w porządku. Nie zamierzałam dzisiaj iść na salę, a już zwłaszcza po porannej wymianie zdań z Kastielem.
    -A dokąd to się niby wybierasz? -zaskoczył mnie wyłaniając się zza drzewa przy samej już bramie szkoły. Ręce miał założone na piersi i wyglądał na porządnie wkur***nego. Zatrzymałam się, próba ucieczki była na nic. Skoro już się tutaj pofatygował byłm pewna, że teraz już nie odpuści.
    -S-k-ą-d t-o m-a-s-z? -niemal mi to przeliterował. Uśmiechnęłam się tak jak zwykłam robić to w przypadku Nataniela.
    -Nie mam pojęcia o czym mówisz. -nie miałam zamiaru mu tego ułatwiać.
    Zrobił trzy kroki w moim kierunku i zatrzymał się tuż przede mną. Nie ustąpiłam, nie cofnęłam się nawet o milimetr. Dopiero teraz było wyraźnie widać dzielącą nas różnicę wzrostu. Ale wzrost to nie wszytko. Mierzyliśmy się chwilę wzrokiem czekając które pierwsze ustąpi.
    -Mówię o opuchliźnie i sińcu, który tak zgrabnie ukrywasz pod makijażem. Odprowadziłem cię wczoraj właśnie po to żeby nic ci się nie stało...
    -Ooo! Jak miło że się o mnie martwisz.
    Nie wytrzymał i złapał mnie za ramiona z siła która mogła pozostawić ślady. Najwyraźniej nie przejmował się zrobieniem mi kilku sińców do kolekcji.
    -Podstawiłem cię pod same drzwi... -przerwał i nagle spojrzał na mnie innym wzrokiem. Puścił mnie i odsunął się o krok. Chyba do niego dotarło co właśnie powiedział.  Rozejrzałam się szybko w około czy nie ma w pobliżu nikogo.
    -Tak, oberwałam w domu. I nie, ojciec nie leje mnie regularnie. W ciągu całego mojego bogatego w wyskoki życia zdarzyło mu się to drugi raz. Ale jeśli komukolwiek o tym choćby wspomnisz to wszyscy się dowiedzą, że posłałam cię na deski. -syknęłam ale on tylko prychnął i nachylił się nade mną. Zaskoczenie odkryciem na powrót zmieniło się w złość na mnie.
    -Myślisz, że ktoś w to uwierzy?
    -Nie musi wierzyć. Ważne tylko żeby o tym mówili. Bo o to chodzi w plotkach, nie?
    Zostawiłam go za sobą i ruszyłam do domu.
    Cholera jasna! Nikt nawet niczego nie zauważył, nawet osoby z którymi siedziałam na zajęciach. Ale nie! On musiał to zauważyć przechodząc obok na korytarzu. I jeszcze się tym zainteresował.
    Byłam bardziej wściekła na niego niż na ojca, którego zastałam wczoraj w mieszkaniu. Wpadł z niespodziewaną wizytą żeby zobaczyć jak sobie radzę. I niestety zawitał również do szkoły, gdzie dyrektorka zamiast pochwalić mnie za wzorową frekwencję i dobre oceny wypaplała o całej tej aferze z Amber.
    Ojciec znał mnie za dobrze żeby wiedzieć, że rzekome przewinienie najczęściej jest faktycznym. Nie pomogły moje tłumaczenia, że to siostra mojego przyjaciela. I jak zwykle przy kłótniach na wierzch zostały wywleczone wszystkie nawet już przedawnione sprawy.
    Skończyło się tym, że dostałam w twarz, wyzwałam go od najgorszych i uciekłam do swojego pokoju. Słyszałam jak Sisi się na niego wydziera a on na nią, że niby nie potrafi mnie upilnować. Na szczęście siostra wyrzuciła go z mieszkania i przyniosła mi worek z lodem.   

    Mieszkanie musiałam otworzyć z klucza więc Sisi dzisiaj też zostawała do późna w pracy. Zrezygnowana rzuciłam się na moje łóżko i wyciągnęłam z torebki mój pamiętnik. Zwykły zeszyt w grubej oprawie niczym nie odbiegający od moich zeszytów szkolnych.
    Jednak zanim zdążyłam cokolwiek napisać rozdzwoniła się moja komórka.
    -Mikołaj.-szepnęłam sama do siebie.
    Puszka Pandory wersja Verrinea właśnie otwierała się z hukiem.


 

[Konto usunięte] Posty: 2286
Offline
02/05/2012 - #9 

 

-Ej, ej! Nie mdlej mi tu! - ostrożnie posadziłem ją na ławce gdzie odchyliła głowę do tyłu i zaczęła miarowo oddychać. Po chwili przymknęła powieki ale domyślałem się, że tylko po to by się uspokoić.
     Spojrzałam na jej dłonie w momencie kiedy przechyliła się w stronę latarni. Skórę na kostkach miała zdartą do krwi i jakby tego było mało zaczęła w nich grzebać.
     -Przestań! Choć, opatrzę ci to. -pociągnąłem ją za rękę, za którą ją złapałem by powstrzymać ją od wyciągania sobie drzazg.

Nie chce się czepiać, tylko pomóc big_smile. Masz tam jeden malutki błąd. Piszesz na początku " posadziłem" i jest okey. Natomiast później piszesz "spojrzałam na jej dłonie" i jeszcze później piszesz "pociągnąłem". A tak to ogólnie chyba nie ma błędów smile.


 

Nieśmiała Posty: 215
Offline
02/05/2012 - #10 

 

Piszesz fajnym, lekkim stylem. Lubię to!
Pisz proszę dalej smile Ja się błędów nigdy nie czepiam, chyba że są rażące;) No i dobrze, że czerpiesz z tego frajdę

Ja także piszę o słodkim amorisie ;** Wpadnij, jeśli będziesz miała czas i ochotę i bo ciekawi mnie co sądzisz o moim opowiadanku :* buziaki! http://www.slodkiflirt.pl/forum/t6836,1 … aniela.htm


 

Plotkara Posty: 944
Offline
02/05/2012 - #11 

 

O_o Dedykacja dla... mnie? Jak możesz? Jestem tylko małą niewinną myszką w tłumie big_smile No, ale jak mówi kultura, serdecznie dziękuję big_smile
Ale rozdział... Nie, nie jest taki jak inne... Nie, wcale. On jest... Zajebist***!!! Ale czekaj, czekaj. Najpierw piszesz jako ty, potem Kastiel, Natanil i na końcy znów ty, tak? Dobrze zrozumiałam? No, raczej tak. Chyba, nie?
Nie, ja tego nie lubię. Ja to kocham!!!


 

Nieśmiała Posty: 202
Online
02/05/2012 - #12 

 

Tak dobrze zrozumiałaś. Postanowiłam opisywać różne sytuacje z narracją różnych bohaterów. Według mnie pozwala to pełniej ukazać emocje ich wszystkich. I cieszę się, że się podoba smile


 

Plotkara Posty: 944
Offline
02/05/2012 - #13 

 

Podoba? Niee coś o wiele więcej big_smile Kocham, kocham, kocham!!! Pięknie piszesz big_smile


 

[Konto usunięte] Posty: 2286
Offline
03/05/2012 - #14 

 

Ej, ej, ej ! Ja tu wciąż czekam na dalszą część, a ty jej nie dodajesz. Będę płakać. Jak można tak torturować ludzi. Wiesz przecież, że kocham twą sztukę i jestem twą wielką wielbicielką.


 

Nieśmiała Posty: 202
Online
03/05/2012 - #15 

 

Tym razem dość króciutki rozdzialik. Mam nadzieję, że się spodoba. Zawłaszcza, ze na kolejny będziecie musiały trochę poczekać. Jakoś mi nie idzie...

     Rozdział VI

     Wpatrywałam się na wyświetlacz telefonu nie bardzo wiedząc co mam zrobić. Temu piep***nemu plotkarzowi Igorowi powiedziałam przecież, że to nie mój numer. Co nie zmieniało faktu, że jeśli pożycza się telefon to od przyjaciół. Czyli pod tym numerem powinien być ktoś kto ma namiary na mnie.
     Swoją drogą nie za długo zeszło mu z dostarczeniem Mikołajowi informacji, że znowu jestem osiągalna. Zastanawiałam się też co takiego chciał ode mnie MIkołaj, że pofatygował się i dzwonił ze swojego prywatnego numeru.
     Rzuciłam komórkę pod poduszkę byle tylko stłumić dźwięk dzwonka. Muszę pamiętać żeby, jak tylko przestanie dzwonić, przerzucić ustawienia na wibrę. Albo najlepiej w ogóle wyłączyć dźwięki.
     Zdenerwowana zaczęłam chodzić po pokoju. Znikając ze szkoły nie narobiłam Mikołajowi kłopotów. Nie pokłóciłam się z nim ani mu nieczego nie zarzuciła - a mogłabym, i to nie jedno. Nie mieliśmy żadnych niedokończonych spraw, w końcu dostała to co ci mi zlecił.
     Wyglądało na to, że nie mam się czym przejmować. Może nawet chciał mi podziękować. Albo przeszedł ciężki wypadek, który mu trochę naprostował charakterek i nawet mnie przeprosi? Kto wie. Jemu wszystko mogłoby strzelić do łba.
Pozostawało pytanie czy mówić o tym Sisi.
     Zatrzymałam się przed lustrem zawieszonym nad biurkiem i spojrzałam na ciemniejący siniak na policzku. Nie.  Póki co nie było sensu wszczynać burzy.
     Nie mogac znaleźć sobie miejsca poszłam do kuchni. Nie ważne czyj to był dom ja zawsze najlepiej czułam się w kuchni. Usiadłam na stołku przy barze oddzielającym kuchnię od salonu. Zastanawiałam się czy nie zacząć czegoś prychcić ale skończyło się na tym, że zrobiłam sobie kubek kawy. Miałam chotę z kimś pogadać...
     Nagle usłyszałam z pokoju dźwięk dostarczanej wiadomości. Stanowczo za głośno miałam ustawione dzwonki. Niechętnie poszła sprawdzić jak bardzo zirytowało Mikołaja nie odbieranie przeze mnie jego natarczywych telefonów. Potrafił być bardziej upierdliwy niż Ken.
     "Wpadliśmy na pomysł żeby zagrać sobie mecz. Dołączysz? Adam."
     Dobra, przynajmnie pozwoli mi to o tym wszystkim nie myśleć

     Verrinea Lancaster na dobre zagościła w mojej głowie. I żadnym sposobem nie mogłem się jej z tamtąd pozbyć.
     Uwaliłem się na łóżku z moją gitarą i zacząłem coś grać. Cokolwiek byle tylko skupić się na czymś innym niż ona. Ale to nie było takie proste. Znim się zorientowałem grałem już po kolei te same piosenki, których z nią słuchałem. Jeszcze bardziej wściekły niż kiedy zaczynałem odłożyłem gitarę na łóżko i ruszyłem do kuchni.
     I tak była najwyższa pora żeby coś przekąsić. Wyciągnąłem wszystkie skaładniki i wzięłem się za robienie spagetti. Krojenie cebuli i papryki pozwoliło mi na chwilę wytchnienia. Niestety w końcu przyszedł ten moment, że razem z mielonką wrzuciłem to na patelnię żeby się dusiło. Teraz pozostawało przemieszać to od czasu do czasu więc moje myśli znów wróciły do tej dziewczyny.
     "Tainted love" Marilyna Mansona zawiadomiło mnie o dostarczonej wiadomości od kogoś z klubu kosza. Chyba im się naprawdę nudziło, że wciągnęli z papierów mój numer.
     "Wpadliśmy na pomysł żeby zagrać sobie mecz. Dołączysz? Adam."
     Dobra, przynajmniej pozwoli mi to o niej nie myśleć.

     Jej wysoki krzyk poderwał na nogi wszystkich chłopaków. Ci którzy zdążyli się już umyć i przebrać wyskoczyli z szatni, reszta w pośpiechu naciągała na siebie spodnie.
     Niespiesznie, wycierając włosy wyszedłem za nimi. Po pierwsze miałem jej dosyć. Przyszedłem tutaj tylko dlatego, że nawet nie pomyślałem, że Adam ją zaprosi. Gdyby taka możliwość chociaż przeleciała mi przez głowę nie ruszyłbym się z domu. Po drugie cokolwiek to było mogła to załatwić kopnięciem z pół obrotu.
     Na sali Quentin z Danielem złapali jakiegoś, trochę starszego od nas, chłopaka i wykręcili mu rękę pod takim kątem, że nawet ja skrzywiłem się z bólu. Adam właśnie chciał zajrzeć do szatni ale Verrinea wyskoczyła z niej mając na sobie tylko długą koszulkę należącą do zespołu.
     -Dajan? Puści go! Dajan to na prawdę ty? -za bardzo nie przejmując się strojem w który była ubrana, a tym bardziej przed kim w nim wystąpiła pobiegła do oswobodzonego chłopaka.
     -Rin?! -chwytając ją w objęcie zakręcił się w około. Ona zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego bezwstydnie. Jakoś nie zapałałem do niego sympatią, chłopacy zresztą też nie. Wystarczył jeden rzut oka na nich żeby wiedzieć, że Obcy będzie miał teraz pod górkę.
     -Kim ty do diabła jesteś?!
     -Co robisz na naszej sali?!
     -Co zrobiłeś NASZEJ Verrinei?!
     Patrzył na niech zaskoczony i chyba nie zdawał sobie sprawy, że lepiej by było gdyby zdjął rękę z jej bioder.
     -Ja nic...
     -Oj, dajcie mu spokój.- uśmiechnęła się do niego a nam posłała krytyczne spojrzenie. Chyba nie spodobało jej się podkreślenie "nasza".- Nic się nie stało. Nie spodziewałam się tylko zastać kogoś w szatni jak skończę brać prysznic.
     Po twarzach chłopaków przebiegła cała mozaika emocji ale jakby na komendę u wszystkich zatrzymała się na złości. Spojrzeli na Obcego jakby mogli go zabić wzrokiem. Coś czułem, że nie jeden miał ochotę dać mu w pysk.
     Mnie bardziej zainteresowała nonszalancja z jaką Verrinea o tym powiedziała. Jakby to nie było nic nadzwyczajnego, że zastaje obcego mężczyznę zaraz po wyjściu spod prysznica.
     -Zaraz, czy ty nie jesteś Dajan Martinez z "Szerszeni"?! -cała drużyna nagle się ożywiła.
     -Już nie. Przeniosłem się do tutejszej drużyny. - no i jednak wkupił się w łaski. Chłopacy obskoczyli go ze wszystkich stron. Wychodziło na to, że był jakąś gwiazdą studenckiej ligi.
     -Ale miałaś szczęście, że mogłaś z nim grać!
     -Grać ze mną? -zdziwił się Obcy.- Przecież to ona nauczyła mnie wszystkiego!
     -Nie wariuj, bo ci jeszcze uwierzą.
     Zemdliło mnie od tego wzajemnego słodzenia tej dwójki. Zakręciłem się na pięcie i poszedłem do szatni po swoje rzeczy. Nie miałem ochoty oglądać dalszego ciągu tego ckliwego przedstawienia.
     Wymknąłem się bocznym wyjściem prosto na szkolny dziedziniec. Marzyłem tylko, żeby chaos w mojej głowie przestał kręcić się na rolllercosterze.
     Wdrapałem się na mój ulubiony dąb i z wyciągniętymi przed siebie noga oparłem się o jego pień. Z dołu nikt nie był w stanie mnie zauważyć dzięki gęstej koronie drzewa. Nie raz ratowało mnie to przed spotkaniem z naszym cudownym i wszechwiedzącym gospodarzem szkoły. I przed jego żmijowatą siostrzyczką.
     Teraz jednak nie musiałem się niczym martwić. O tej porze zwykle w szkole nie ma nikogo, a drużyna zaraz się rozejdzie. I zabiorą ze sobą tę fiołokowooką wariatkę więc będę mieć chwile spokoju.
     Zapomniałem tylko, że ta dziewczyna przynosi mi pecha.
     Owszem drużyna rozeszła się - każdy w swoją stronę. Ale ona zamiast pójść z nimi czy zostać na sali z Obcym przylazła tutaj. Razem z nim. I naturalnie wybrała ławkę tuż pode mną.
     -Dobra, pomijając tą całą rozwałkę w Chaptown. Chodzi o to, że on teraz wydzwania do ciebie na twój autentyczny numer, o którym powiedziałaś Igorowi, że nie jest twój? -usiadł blisko niej i zarzucił rękę na jej ramiona. Wyglądało na ta, że nie miała z tym problemu.
     -No mniej więcej. Wiesz, dostarczyłam mu te papiery więc interesy mamy zamknięte. Ale wiesz, obiecałam Sisi, że będę się trzymać od nich z daleka. Z resztą jak pewnie zauważyłeś jestem tutaj ulubienicą wszystkich. Gadam nawet z przewodniczącym szkoły! Uwierzyłbyś? -roześmiała się jakby sama nie mogła w to uwierzyć.
     -Rin, doskonale pamiętam jak potrafisz omotać człowieka. Różnica polega na tym, że tutaj nikt nie wie o twoich pozostałych talentach.
     -I chciałabym żeby tak zostało. Cholera, znowu dzwoni! -wyciągnęła z torby komórkę a minę przy tym miała jakby chciała wyrzucić ją gdzieś w krzaki. Obcy chyba też to zauważył bo szybko ją zabrał z jej rąk.
     -Daj ten telefon. Halo, kto mówi? O cześć Mikołaj. To ja, Dajan. A no tak, pożyczyłem. Nie, nie wiem. Grałem na wyjeździe. Ona zdaje się, że też przyjechała z drużyną. Nie, nie. Nie miałem czasu z nią porozmawiać. Co? Numer? Cholera, nie wziąłem! Mówię, spotkaliśmy się przypadkiem w przerwie między meczami. Co? Aha, to na razie.
     -I już? -była wyraźnie zaskoczona.
     -I już. Czasem za mocno kombinujesz, maleńka. To co dasz się namówić na burgera?
     -A ty dalej zapychasz się tym świństwem! Mówię ci, będziesz miał zawał jeszcze przed trzydziestką! -odchodząc Obcy przesunął rękę na jej biodro i przysunął ją do siebie. Nie zaprotestowała.
     Ale co tu się do cholery działo? I o czym oni tak właściwie mówili? Domyślam się, że jej "pozostałe talenty" to między innymi znajomość sztuk walk. Ale co ona jeszcze ukrywała? I gdzie się podziały czasy mojego świętego spokoju?!

     Po rozmowie z Dajanem odetchnęłam. Dodatkowo informacja, że przeniósł się na tutejszy uniwerek podniosła mnie na duchu. Mając go w odwodzie mogłam się uspokoić i niczym nie martwić. Sama nie rozumiałam dlaczego ostatnio reagowałam tak emocjonalnie. Chyba zbliżał mi się okres.
     Spojrzałam na ostatni, ledwie zaczęty wpis w pamiętniku. A właściwie jedno słowo.
     Kastiel.
     Aż spojrzałam na swoje dłonie. Kiedy tamtego wieczoru wróciłam do domu bandaż zamieniłam na plastry. Kastiel dokładnie je opatrzył ale ilość bandażu, którego użył mogłyby wystraszyć Sisi. A tak moje ręce nie wyglądały tak strasznie. Z resztą nie było to nic poważnego.
     Podeszłam do komody przy oknie i otworzyłam leżącą na niej szkatułkę. Trzymałam w niej swoje największe skarby więc sama nie wiem dlaczego wsadziłam tam zakrwawiony bandaż. Parząc na niego i przesuwając po nim palcami przypomniały mi się jego oczy. Kiedy na korytarzu zauważył na mojej twarzy siniaka od razu zareagował. A w jego oczach widziałam gniew, złość, irytację ale i... troskę.
     Żaden facet nigdy tak na mnie nie patrzył. No może tylko ojciec, kiedy wracałam do domu po tym jak wdałam się po raz kolejny w jakąś bójkę. Tata doskonale wiedział, które rany zdobyłam na treningu a które po za nim.     
     Żaden też mi nie pomagał ani się mną nie przejmował. Kurczę, w sumie to był pierwszy raz jak chłopak odprowadził mnie do domu!. A nie raz i nie dwa wracałam późno i musiałam przechodzić przez okolice straszniejsze niż tamten park. I nawet pożyczył mi kurtkę na której teraz złociste plamy słońca układały się w wzorzyste ornamenty....
     Co takiego?!
     Kurtka, a może raczej dwurzędowy płaszcz Kastiela do tej pory leżał na krześle w moim pokoju! Przerzuconemu przez skórzane oparcie, komputerowego fotela najwyraźniej było bardzo wygodnie. Ale jak mogłam o niej zapomnieć?! I jak to się w ogóle stało, że ją ze sobą wzięłam?! 



P.S. Zna któraś zasady jak poprawnie pisać o kolorach i odcieniach? Chodzi mi o np. jasnozielony, brązowozłoty. Kiedy to się pisze razem, kiedy oddzielnie a kiedy przez myślnik? Moi poloniści wychodzili z siebie żeby nauczyć mnie tego ale byłam baaardzo odporna wink


 

Plotkara Posty: 944
Offline
04/05/2012 - #16 

 

Ja tam zawsze piszę razem haha ;3
A rozdział... Mmmmm! Nie patrz na długość! Jest zaje.bisty! Oby tak dalej ;3


Ostatnio edytowany przez Luniaczka (04/05/2012)

 

[Konto usunięte] Posty: 2286
Offline
04/05/2012 - #17 

 

Z każdego rozdziału na każdy rozdział, kocham Cię jeszcze bardziej ! Czekam na następny rozdział i powodzenia w pisaniu.


 

Nieśmiała Posty: 202
Online
06/05/2012 - #18 

 

Nie szło i nie szło ale proszę! Wystarczył jeden lepszy dzień i poszło z górki! Więc miłego czytania smile

     Rozdział VII Turniej

     Z kurtką przewieszoną przez torbę szłam szkolnym korytarzem zastanawiając się kiedy najlepiej mu ją oddać. Pojawiał się w szkole kiedy chciał i kiedy chciał z niej wychodził więc najrozsądniej byłoby po prostu go jak najszybciej odszukać.
     Tyle, że na samą myśl o tym coś ściskało mnie w dołku. Na dodatek ta przeklęta kurtka prześladowała mnie nawet w nocy. Nie mogłam zasnąć przewracając się z boku na bok. A przewieszona przez krzesło kurtka w mrokach nocy zdawała się być potworem czekającym aż zasnę żeby móc mnie pożreć. I nic nie dało wrzucenie jej do szafy, co uczyniłam o trzeciej nad ranem nie mogąc dłużej znieść jej widoku.
     Zupełnie tego nie rozumiałam! Dlaczego wszystko w środku skręcało mi się na samo wyobrażenie Kastiela i jego miny kiedy oddam mu jego własność? I dlaczego do cholery w każdym tym wyobrażeniu był na mnie wściekły?
     Inna sprawa, że był na mnie wkurzony i nie ukrywając, to miał za co. Ale nigdy mnie coś takiego nie ruszało. Chłopacy z mojej dawnej ekipy zwykli mówić, że jestem śliczna jak modelka ale zawzięta jak pitbull.
     Oj, chyba nadeszła najwyższa pora odwiedzić Pana doktorka od podwozia i zacząć łykać jakieś piguły z hormonkami. Może jak sobie wyrównam ich poziom to wrócę do normy.
     Koniec końców wyszłam na dziedziniec i zajęłam moją ulubioną ławkę pod dębami. Miałam lukę w zajęciach i zanosiło się na to, że będzie tak teraz częściej. Biologia dopadła naszą biologicę i wkrótce pójdzie na macierzyńskie. Wyciągnęłam z kieszeni komórkę a wraz z nią, zawczasu podczepione, słuchawki.
     -Przybyło tam czegoś normalnego? -uchyliłam jedno oko i zobaczyłam stojącego przede mną Kastiela. Moje wyobrażenia jednak na coś się przydały bo kiedy zobaczyłam jego wkurzoną minę nie zrobiło to na mnie wrażenia. W sumie, czy ja go kiedykolwiek widziałam nie wkurzonego?
     -Mam fazę na Avril Lavigne, a zwłaszcza "Skate Boy". Tak w ogóle to szukałam cię wcześniej.
     -Domyślam się. -to mówiąc pochylił się nade mną i zaczął szperać przy torbie. Był na tyle blisko, że czułam zapach jego szamponu. Serce znów zaczęło fikać mi koziołki, zupełnie jak rano kiedy pakowałam tę przeklętą kurtkę.
     Kastiel wyprostował się mając ją w ręku. Zaczęłam żałować, że nie zaplątała się w około torby trochę bardziej...
     -Dzięki za tamten wieczór i sorry, że na ciebie później naskoczyłam. Ale musisz przyznać, że to nie był twój interes.  -spojrzał na mnie jeszcze bardziej wściekły.
     -Spoko, nie będę więcej sobie zawracać gitary twoją osóbką. -prychnął i poszedł a ja zaczęłam się zastanawiać co takiego znowu powiedziałam źle.

     -To z kim w końcu chodzisz? -zagadnąłem Verrineę doganiając ją na korytarzu.
Plotka, że chodzi z Dajanem Martinezem pojawiła się w czasie obiadu jak grom z jasnego nieba. Po pierwsze nie wiedziałem, że się w ogóle z kimś spotyka. Po drugie to była przyszła gwiazda NBA! W sierpniu kiedy poszedł przeciek, że przenosi się na nasz Uniwersytet całe miasto oszalało na jego punkcie.
     Słysząc, że z nim jest poczułem się ukłucie zazdrości i żalu ale zaraz odżyłem bo Amelia stwierdziła, że przecież Verrinea chodzi z Kastielem. W pierwszym odruchu zakrztusiłem się swoją herbatą, ale zaraz się opanowałem. O ile to, że znała się z Dajanem było niewiarygodne ale możliwe o tyle Kastiel... no cóż. Z nim przecież nie szło się choćby dogadać a co dopiero z nim być. Więc niemożliwe było żeby była jego dziewczyną. No i nigdy nie widziałem Kastiela z dziewczyną.
     Jednak ta sprawa nie dawała mi spokoju. Musiałem dowiedzieć się czy jest wolna więc zapytałem przy pierwszej okazji.
     -Z Kenem. -chyba nie dałem rady ukryć ulgi kiedy w ten sposób zażartowała.
     -W takim razie...
     -Rin!!! -tupot ich stóp i popłoch w jaki wprawiali innych uczniów sprawiał, że wyglądali raczej jak stado bizonów niż reprezentacja szkoły. I kogo oni niby wołali?
     Nagle zatrzymali się jak wryci przed Verrineą a Martin uklęknął przed nią na jedno kolano i złapał jej dłoń. Wydawała się tym wszystkim zaskoczona ale przede wszystkim rozbawiona.
     -Najcudowniejsza Rin! Pokornie prosimy o twe wstawiennictwo i udział wraz z nami w Turnieju zespołów mieszanych!
     -A kto w ogóle pozwolił wam tak do mnie mówić, co? -próbowała przybrać zagniewany ton ale uśmiech sam cisnął się na jej usta. Była tak przepiękna!
     -Jeśli Dajan może to my też! -odkrzyknęli chórem jakby urażeni insynuacją, że nie mogą się tak do niej zwracać.
     -Dobra, dobra. A o co chodzi z tym całym turniejem?...
     Przyglądałem się ich przekomarzaniom niemal z szeroko otwartymi oczami. Sądziłem, że Verrinea jeszcze się nie zaaklimatyzowała w szkole. Na przerwach gdzieś znikała a w czasie obiadu siadała sama. Na lekcjach raczej też nie rozmawiała ze swoimi sąsiadami.
     Myślałem, że do klubu zapisała się tylko ze względu na naciskającą na to dyrektorkę. Ale, w sumie jak tak pomyślę to zdaje się, że regularnie chodziła na treningi. Nie byłem tego pewien, sam do późna zostawałem w pokoju rady a stamtąd nie widać sali gimnastycznej.
     Zaraz! To znaczy, że jest w klubie z Kastielem?!
     -...to super! Zostało jeszcze tylko namówić Kastiela żeby z nami zagrał i nas tam zawiózł.
     -Nie wiem z czym będzie ciężej...
     -Jeśli w ogóle nas wysłucha.
     -Ta, najprędzej tylko na nas prychnie!
     Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić czy powiedzieć Verrinea poszła razem z nimi. Zostałem na korytarzu jak ten głupek patrząc jak znika za rogiem a wraz z nią moja kolejna szansa żeby ją gdzieś zaprosić.

     -Wynocha! - warknąłem na Martina, który wpakował się na przednie siedzenie jak tylko zajechałem pod szkołę. Nie zdążyłem nawet wysiąść żeby otworzyć bagażnik.
     -Dlaczego? Nie będę jechał na tyle!
     Oparłem się o dach patrząc jak, przedłużając niemiłosiernie, wyłazi. Popatrzył na mnie jak zbity pies w oczekiwaniu, że jednak pozwolę mu zostać
     -Wynocha! Ona jedzie na przodzie.- machnąłem ręką w stronę stojącej za mną Verrinei.
     Martin naturalnie gwizdnął w wiadomym kontekście ale nie odważył się rzucić żadnej uwagi. Quentin burknął coś pod nosem ale za Adamem wpakował się do tyłu. Ona zasiadła na przednim siedzeniu jak gdyby nigdy nic. Najwyraźniej nie czuła się zawstydzona ani wyróżniona moją propozycją.
     No i dobra! Nie musi mi wcale dziękować, że nie skazałem jej na gnieżdżenie się z tymi głąbami na tylnym siedzeniu.
     Przed nami było trzy godziny jazdy a ja już po wyjechaniu z miasta zastanawiałem się dlaczego się na to zgodziłem. Przypomniało mi się też dlaczego nie za często przychodzę na treningi. Zwyczajnie ich nie znosiłem a już zwłaszcza Martina. Zastanawiałem się nawet czy go gdzieś po drodze nie nie wyrzucić. Niestety potrzebowaliśmy piątki zawodników na turniej.

     -Chłopaki. To jest koszulka? Ona ma zamiar w tym zagrać?
     Adam uniósł wysoko kawałek czarnej, elastycznej szmatki. Ktoś będzie musiał zanieść to do damskiej szatni, pomyślałem. Dziewczyny z wszystkich drużyn miały jedna wspólną szatnię i nie chciałem wiedzieć jaki psik powstanie jak, któryś tam wpadnie.
     Martin rzucił się torby chcąc przegrzebać ją dokładnie. Zamarł jednak słysząc jej chłodny i opanowany głos.
     -To, panowie, jest sportowy stanik. I tak mam zamiar w nim zagrać ale będzie schowany pod koszulką. -stała oparta o framugę drzwi z torbą Adama w ręku. Przemaszerowała między nami i z uśmiechem na ustach wyjęła z rąk Martina swoją własność. W tym momencie usłyszeliśmy wezwanie do stawienia się na boisku.
     -Kurczę, nie mamy już czasu. -mruknęła do siebie i najzwyczajniej w świecie zaczęła się przebierać. Odwrócona do nas plecami ściągnęła z siebie śmiałym ruchem koszulkę. Adam zaczął natychmiast się przebierać żeby tylko się na nią nie gapić. A zboczony Martin nie wiedział gdzie podziać oczy więc wodził nimi po niej całej.
     -Może w czymś pomóc? -zapytałem z ironią.
     -Mógłbyś? To cholerstwo się zrolowało! -chłopacy zamarli kiedy podszedłem do niej i pomogłem jej ze sportowym stanikiem. Jakoś wcale mnie nie zaskoczyła zaskoczyła takim zachowaniem.
     Drgnęła kiedy dotknąłem jej ciała. Starałem się rozplątać "to cholerstwo" nie zwracając uwagi na to jak jedwabiście gładką miała skórę. Pachniała delikatnie lawendą i czymś jeszcze, czego nie rozpoznawałem. Zapach był ledwie wyczuwalny, zapewne nie zwróciłbym na niego uwagi gdyby nie to jak blisko niej byłem. Zaśmiała się przez zaciśnięte usta i drgnęła lekko - mój oddech najwyraźniej łaskotał ją po karku.
     Odsunąłem się od niej jak tylko skończyłem a ona szybko zarzuciła na to koszulkę i byliśmy gotowi na nasz pierwszy mecz. Za to nie byliśmy przygotowani na rekcję komentatora.
     -Cholera jasna! To Verrinea Lancaster! -rozdarł się w połowie pierwszej kwarty.
     -Panie i panowie to wprost niewiarygodne! Atakująca siatkarek z Chaptown, zdobywczyń zeszłorocznego Pucharu Chempionek i uhonorowana nagrodą indywidualną gra w barwach drużyny z Liceum Słodki Amoris!
     -Cóż. Nie wiele osób wie, że Rin w przerwach między treningami a zawodami siatkarskimi grywała z męską drużyną kosza z Chaptown! -głos Obcego wyprowadził mnie na chwilę z równowagi ale zaraz Verrinea wykonała perfekcyjny wsad ratując sytuację.
     -On tak długo może?! - zapytał w czasie przerwy Quentin. Wyraźnie był zirytowany tym jak bardzo znana jest tutaj Verrinea. Ale on zawsze wściekał się jeśli ktoś był od niego lepszy. Martin i Adam za to na zmianę zasypywali ją pytaniami o Puchar Chempionek a w tle Obcy z komentatorem rozwodzili się nad nią i jej sportowymi dokonaniami. Nie zapomnieli również wspomnieć jak bardzo im się podoba.
     -Drużyna z Chaptown musi być zaskoczona tym spotkaniem! Ale, ale przecież o ile się nie mylę to mają w składzie Mei! Jak myślisz Dajan? Dawne przyjaciółki będą miały dziś okazję się ze sobą zmierzyć, czy może któraś z tych drużyn odpadnie zanim do tego dojdzie?
     Nie słuchałem dalszego ciągu tej dyskusji. Verrinea na samo wspomnienie drużyny ze swojego rodzinnego miasteczka zesztywniała. Zamilkła i ignorując zaniepokojone pytania chłopaków zaczęła nerwowo rozglądać się  wokoło.
     Najwyraźniej znalazła w tłumie znajome twarze lecz zamiast się uśmiechnąć siarczyście zaklnęła pod nosem.
     -Co się dzieje? Masz pietra przed swoimi kolesiami? Może chcesz się teraz wycofać bo nie będziesz walczyć przeciwko przyjaciółce? -Quentin chciał jej dopiec do żywego i zapewne powiedziałby jeszcze dużo więcej gdyby nie posłała mu lodowatego spojrzenia. Podziałało nie tylko na niego ale i na wszystkich w około.
     -Z całą przyjemnością ich zmiażdżę. I nie mam z tym najmniejszego problemu. -nie patrzyła na samą drużynę lecz na kilka osób siedzących na trybunach. Miałem wrażenie, że bezdźwięcznie mówi coś w stylu "Dajan, a niech cię". 
     "Grałem na wyjeździe. Ona zdaje się, że też przyjechała z drużyną." przypomniały mi się słowa Obcego kiedy odbierał jej telefon.  A więc wśród tej grupki na trybunach był ów "pieprzony Igor" i jej tajemniczy prześladowca. Czułem w kościach, że nadciągają kłopoty.

     Verrineę jakby sam diabeł opętał - grała jak szalona miażdżąc naszych przeciwników. Za to w czasie przerw starała się nigdzie się od nas nie oddalać. Jednak siadała na uboczu dając wyraźnie do zrozumienia, że nie ma zamiaru z nami rozmawiać. Zdawała się być jednocześnie przestraszona i wściekła.
     Przez to Adam się o nią martwił, Martin jak zawsze strugał z siebie wariata i próbował obrócić całą sytuację w żart  a Quentin chodził wściekły. Primadonnie nie pasowało, że nie jest gwiazdą tego turnieju. Liczył chyba, że w czasie mieszanych zawodów będzie mógł zabłysnąć.
     Skończyło się więc na tym, że praktycznie tylko ja i Verrinea graliśmy. A i tak udało nam się dostać do finałów. I oczywiście mieliśmy grać przeciwko drużynie z Chaptown! A jakże by inaczej, przecież Los musi mieć jakąś rozrywkę!       
     Teraz mieliśmy godzinną przerwę przed ostatnim meczem więc skorzystałem z okazji, że wszyscy gdzieś się rozeszli, złapałem paczkę fajek i wyszedłem w poszukiwaniu ustronnego miejsca. Miałem nadzieję zapalić w spokoju zanim wszystko spadnie nam na łeb. Bo, że runie nie miałem wątpliwości. A do takich spraw już miałem czuja.
     I nie myliłem się. Wystarczyło, że wyszedłem za hale...


 

[Konto usunięte] Posty: 2286
Offline
06/05/2012 - #19 

 

To mnie zachwyciło. Czekam na następny rozdział big_smile.


 

Nowa Posty: 59
Offline
06/05/2012 - #20 

 

Dlaczego kończysz w takim momencie? T_T
opowiadanie fantastyczne, czekam na kolejne rozdziały  big_smile


 

Plotkara Posty: 944
Offline
06/05/2012 - #21 

 

Nieeee! Jak możesz przerywać w takim momencie?? Wciągnęłam się że aż, aż, a tu nagle... Koniec?! Napisz coś jeszcze! Cokolwiek! A rozdział jak zwykle cuuuuuuudny! ;3


 

Nieśmiała Posty: 202
Online
06/05/2012 - #22 

 

Napisać coś jeszcze? A może jednak nie? No nie wiem...


 

Nieśmiała Posty: 202
Online
07/05/2012 - #23 

 

Żartowałam, żartowałam. Już szlifuje kolejny rozdział. O!, a jak teraz tak patrzę to widzę, że zapomniałam emotikonka na końcu poprzedniego postu. O takiego o: ;p


 

Plotkara Posty: 944
Offline
07/05/2012 - #24 

 

Chcesz abym dostała zawału? tongue Ale nie pisz posta pod postem... Jeszcze zbanują, czy coś...


 

[Konto usunięte] Posty: 153
Offline
08/05/2012 - #25 

 

Łohoho!  Powiem ci, że baaardzo mi się twoje opowiadanie podoba. Teksty typu: "Biologia dopadła naszą biologicę i wkrótce pójdzie na macierzyńskie. "- bezbłędne cool Tylko trochę długie rozdziały piszesz(nie żebym narzekała na długość opowiadania, ale nie lubię czytać długo na kompie, bo oczy bolą)...
Bohaterka intryguje tak, że aż mnie nosi, żeby poznać jej tajemnice big_smile Jako fan sportów drużynowych w wersji "siędzę na trybunach lub przed telewizorem", zazdroszczę jej talentów sportowych ><